archiwiści społeczni o sobie

Zofia Augustyńska-Martyniak

Organizacja: Fundacja im. Zofii Rydet

konserwatorka dzieł sztuki, opiekunka spuścizny artystycznej Zofii Rydet, pełni funkcję wiceprezeski zarządu Fundacji jej imienia

Miniaturka

Jakie były początki Fundacji im. Zofii Rydet?  

Zofia Rydet była moją bliską krewną – siostrą mojego pradziadka, więc jej Archiwum jest Archiwum rodzinnym. Po śmierci artystki zostało ono powierzone pod opiekę moim rodzicom, a szczególnie mamie, Marii Sokół-Augustyńskiej, która obecnie pełni rolę prezeski Fundacji. Od roku 1997 Archiwum, znajdujące się w naszym prywatnym domu, było otwarte dla wszystkich zainteresowanych. Udostępnialiśmy fotografie, dokumenty , dzieliliśmy się wiedzą, współpracując przy powstawaniu artykułów, wydawnictw, prac naukowych, wystaw etc. W roku 2011, z potrzeby zmiany trybu pracy na bardziej profesjonalny, postanowiliśmy założyć Fundację.

Co sprawia Ci w pracy największą przyjemność?

Ponieważ jesteśmy małą organizacją i poza momentami projektu nie dysponujemy zespołem, a jednocześnie stale jest duże zainteresowanie twórczością Zofii Rydet, praca w Fundacji to nie tylko praca w archiwum. To także księgowość, dokumenty, rozliczenia, pozyskiwanie funduszy, negocjacje warunków współpracy, prowadzenie strony internetowej i mediów społecznościowych etc. Często na najprzyjemniejsze jest najmniej czasu. A najprzyjemniejsze jest „grzebanie” w pudłach i odkrywanie ciągle „nowych” zdjęć, listów, fotografii biograficznych, informacji. Wydaje się, że można to robić w nieskończoność i ta czynność niebezpiecznie wciąga. Przy próbach porządkowania, selekcjonowania, zdjęcie z jednego pudła odsyła do innego, a tam czeka następna niespodzianka, którą trzeba gdzieś zakwalifikować. Ta praca wywołuje uczucie modnie teraz nazywane „flow”. Człowiek zapomina o jedzeniu i zegarku.

Kto korzysta ze zbiorów fotograficznych Zofii Rydet?

Ze zbiorów korzysta spora grupa osób. Zgłaszają się do nas studenci, naukowcy, uczelnie, szkoły, mniejsze i większe ośrodki kultury, organizatorzy imprez kulturalnych w kraju i zagranicą, animatorzy kultury, muzea, galerie, artyści, dziennikarze, wydawcy, organizatorzy aukcji charytatywnych, czasem nawet filmowcy.

Z jakim działaniem weszliście w największą interakcję ze społecznością lokalną?

Do ludzi najbardziej zbliżyła nas akcja „Coś, co zostanie”. Był to cykl warsztatów, w którym podążaliśmy śladem Zofii Rydet i jej monumentalnego cyklu „Zapis socjologiczny”. Odwiedziliśmy sporo miejscowości, odnajdując bądź osoby sfotografowane przez Rydet, bądź ich krewnych czy sąsiadów. Wzbudzało to wiele pozytywnych emocji i skutkowało niezwykłym poruszeniem społeczności małych miejscowości. Ludzie otwierali się na historię swojej rodziny, miejscowości, a na także na sztukę fotografii.

Co radziłabyś osobom, które mają w domach ciekawe archiwalia, ukryte głęboko w szufladach, na strychu lub w piwnicy?

Widzę jakie podejście do archiwaliów mają – dzięki mojej pracy – moje dzieci. Mój młodszy syn już wie, że fotografii nie powinno się dotykać gołymi palcami, a starszy wręcz nie może spokojnie patrzeć jak ktoś to robi. Czasem chcą pokazać nasze archiwum swoim znajomym. Znają wartość „staroci” i mam tu na myśli wartość historyczną, sentymentalną i intelektualną. Fascynujące jest poznawanie własnej małej historii lub historii innych, która może wnieść wiele dobrego w nasze życie. A może się to stać dzięki przedmiotom będącym łącznikiem z przeszłością, dlatego warto się o nie zatroszczyć. Posiadaczom archiwaliów poleciłabym zacząć od porad specjalistów, a potem już tylko zacząć „grzebać” w swoich pudłach i dać się im wciągnąć.

archiwiści społeczni o sobie