Przejdź do treści
archiwiści społeczni o sobie

Wiesława Filipkowska

Organizacja: Biblioteka Publiczna w Mońkach

Urodziła się i pracuje w Mońkach. Absolwentka Politechniki Białostockiej, Podyplomowego Studium Bibliotekarskiego i Podyplomowego Studium Zarządzania Kadrami. Od 27 lat jest dyrektorem Biblioteki Publicznej w Mońkach, gdzie prowadzi Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej. Prywatnie mężatka, matka trojga dzieci, babcia czworga wnucząt

Anna Maryjewska (Centrum Archiwistyki Społecznej): W herbie Moniek „duch Barbary Radziwiłłówny pochyla się nad kwiatem ziemniaka”. To malownicze połączenie skojarzyło mi się z pięknem archiwalnych fotografii dokumentujących Święto Ziemniaka, które znajdują się w zbiorach archiwum społecznego prowadzonego przez Panią w monieckiej bibliotece.

Wiesława Filipkowska: Chciałabym od razu podkreślić, że przy naszym archiwum społecznym pracujemy zespołowo. Duże zasługi ma tu Agnieszka Michaluk, która skanuje materiały. Fotografie, o których Pani wspomniała, zgromadziłyśmy, prowadząc projekt „Ziemniak na tronie, czyli Święto Ziemniaka”. Wykorzystałyśmy w nim również zebrane przez nas wcześniej dokumenty związane z historią miasta.

Ta historia jest ciekawa, Mońki są jednym z najmłodszych miast w Polsce.

Prawa miejskie dostały w roku 1965, a powiatem zostały w 1954, czyli w odwrotnej kolejności, niż jest to przyjęte. Miasto jest dosyć specyficzne. Uważam, że warto utrwalać jego historię. Poprosiłyśmy ludzi o przynoszenie zdjęć związanych ze Świętem Ziemniaka. Realizując to przedsięwzięcie, korzystałyśmy też z kronik Monieckiego Ośrodka Kultury. Żył jeszcze wtedy pomysłodawca święta, pan Włodzimierz Zmarzlik, wówczas dyrektor tej placówki. Święto Ziemniaka miało być pewnego rodzaju rekompensatą za utratę praw powiatu po reformie administracyjnej. Wymyślono je po to, aby Mońki nie straciły na znaczeniu.

Teraz nie brakuje świąt produktów lokalnych, ludzie promują lokalne ogórki, kaszę czy chleb. Czy kiedyś też tak było?

Podejrzewam, że Mońki były jedną z pierwszych miejscowości w Polsce, które zorganizowały taką imprezę. Pierwsze Święto Ziemniaka odbyło się na wsi, w Przytulance. Miało formę turnieju gmin wiejskich. Mniej było na nim pompy i zadęcia. Następne takie wydarzenia odbywały się już w Mońkach, na stadionie. Miały formę starannie przygotowanych widowisk z częścią artystyczną. Można było wtedy dostać produkty zwykle niedostępne. To ważne wydarzenie dla naszego miasteczka odbywało się co roku aż do następnych przemian ustrojowych, po których na kilka lat imprezę zawieszono. Teraz Święto Ziemniaka powróciło w nowej formule, a praktycznie się rozdwoiło. Jest to święto produktu lokalnego organizowane przez starostwo pod koniec sierpnia, ale również turniej wsi, który odbywa się we wrześniu, a prowadzi go Moniecki Ośrodek Kultury. Spotkanie gmin wiejskich odbywa się już po żniwach, bez nacisku na ziemniaka, bo jego znaczenie w naszym regionie spadło. Kiedyś w Polsce jedna osoba w tygodniu jadła przeciętnie cztery kilogramy. Ziemniaków nie używa się też już w żywieniu trzody chlewnej.

Szkoda, bo ziemniaki z Moniek były jedzone nawet w Islandii! Ciekawa jestem, ile lat musi minąć, żeby fotografie ze współczesnych imprez, które zastąpiły w Mońkach Święto Ziemniaka, stały się archiwaliami.

Te fotografie są w formie cyfrowej. Myślę, że jeśli nie powstaną z nich dokumenty papierowe, zachowanie ich dla przyszłości może okazać się problematyczne. Nie wiem, czy kiedyś zajmie się tym jakaś biblioteka. Takie rzeczy się rozmywają. Na temat dawnego Święta Ziemniaka zrobiliśmy wystawę zdjęć i zorganizowaliśmy prelekcję z panem, który był jego pomysłodawcą. Pracownicy biblioteki prezentowali nasz projekt na II Kongresie Bibliotek. Artykuł o święcie ilustrowany archiwalnymi fotografiami publikowany był też w „Karcie”.

Jak mieszkańcy Moniek reagowali na wystawę?

Z sympatią, bo przypominały im się młode lata! One zawsze będą lepsze, mimo niedostatku. Młodzież też oglądała wystawę z dużym zainteresowaniem.

Ale Święto Ziemniaka to tylko wycinek Pani ciekawej pracy z archiwalnymi materiałami dotyczącymi Moniek.

Kiedy jako biblioteka zaczęliśmy tworzyć Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej i zbierać zdjęcia, pewien pan dostarczył nam fotografię grupy dzieci i powiedział, że chodził do przedszkola w latach 50. Spotkało się to wręcz z oburzeniem, bo przecież nie było w Mońkach takiej placówki. Zaczęło mnie to jednak nurtować. Zawsze interesowałam się historią Moniek, opowieściami o nich (wydaliśmy w bibliotece książkę „Nieopowiedziane historie”). I w końcu dotarłam do pani, która wyjaśniła mi tajemnicę. Okazało się, że po wojnie ksiądz proboszcz prowadził tu dzieciniec. Mońki stawały się wtedy miasteczkiem, część rodziców pracowała i nie miała co zrobić z dziećmi, więc on przeznaczał środki finansowe i dary z Unry, a siostry zakonne były opiekunkami i faktycznie funkcjonowało tu coś w rodzaju przedszkola.

Czy rozwiązanie tej zagadki zachęciło Panią do dalszych działań związanych z archiwistyką społeczną?

Ogłosiliśmy konkurs pod tytułem „Najstarszy dokument szkolny z powiatu monieckiego”. Praca w bibliotece bardzo nam pomaga, bo przychodzą do nas starsi ludzie, rozmawiamy z nimi, zachęcamy ich. Udało nam się zgromadzić dużą ilość zdjęć związanych ze szkołą. Kiedyś system szkolnictwa był niezwykle rozwinięty, w każdej wsi była szkoła. Trafiliśmy też na dokumenty i tu wyszła kolejna ciekawostka – po wojnie działała w Mońkach średnia szkoła zawodowa. Mało kto miał o tym pojęcie. Plonem konkursu było spotkanie i wydanie książki pokazującej najstarsze szkolne dokumenty.

Co znalazło się w tej publikacji?

Jest tam na przykład świadectwo sprzed wojny. Przy okazji konkursu udało się też ustalić, ponieważ przyjęliśmy do zbiorów również metrykę chrztu, właściwą pisownię nazwiska księdza proboszcza, który na tablicy pamiątkowej zawieszonej w kościele jest zapisany jako Dowgiłło, a jego prawdziwe nazwisko brzmiało Dowgwiłło. Takie smaczki uprzyjemniają nam pracę. Ze zdjęć przygotowaliśmy prezentację multimedialną „Historia Moniek w fotografii zaklęta”, którą prezentujemy w szkołach albo pokazujemy uczniom u siebie w bibliotece.

Świadectwami historii Moniek są też budynki. Podobno w tym mieście domy potrafią mówić…

Zaczęliśmy realizować projekt z „Równać Szanse – Domy, które mówią”. W jego ramach wydaliśmy książkę ze zdjęciami. Są to fotografie archiwalne, ale również nowe, które zrobiliśmy sami. Szukaliśmy historii, rozmawialiśmy z ludźmi o tym, co pamiętają. Dowiedzieliśmy się na przykład, że budynek szkoły rolniczej został wzniesiony na terenach kościelnych przez NKWD. Budynek, w którym mieściła się poczta, zbudowali Niemcy. Mońki były osadą kolejową i wsią. To były dwa niezależne byty – wieś Mońki i osada kolejowa, która utworzyła się przy kolei. Impulsem do rozwoju miasteczka była właśnie kolej, która powstała w 1881 roku.

Mońki kojarzą się też z produkcją serów. Czy tradycje mleczarskie są osadzone mocno w Waszej lokalnej historii?

Okazało się, że mleczarnia była tu gotowa już przed II wojną światową (w innej lokalizacji – obecnie to ruina, pokryta zielenią), niestety działania wojenne uniemożliwiły jej funkcjonowanie. Podczas realizacji projektu z „Równać Szanse – Domy, które mówią” wyszły na światło dzienne też inne fakty, o których mało kto wiedział. Mońki już przed wojną były planowane jako ośrodek administracyjny – przez Rosjan, przez Niemców, a wcześniej jeszcze przez władze polskie. Pewnie ze względu na centralne położenie i kolej. Z tej książki, w której to przedstawiliśmy, jesteśmy najbardziej dumni, bo odczarowaliśmy trochę historię, w której się mówi, że dopiero komunizm stworzył Mońki, że dopiero po przyznaniu praw powiatu w 1954 roku Mońki zaczęły się rozwijać. Owszem, zaczęły się rozwijać, i to bardzo, ale potencjał już tutaj tkwił.

Ważnym budynkiem dla społeczności monieckiej jest również kościół.

Współpraca z parafią, działającą już od ponad stu lat, jest dla nas bardzo istotna. Nasz kościół ma niesamowitą historię, dlatego że był dwa razy burzony i odbudowywany od fundamentów. Parafia zgłosiła się do nas sama, a dzięki jej zasięgowi trafiło do nas bardzo dużo zdjęć. Zajęliśmy się ich obróbką, dostaliśmy też dostęp do archiwum parafialnego. Tam już niestety nie było żadnych fotografii, wpłynęła na to wcześniejsza działalność. Ale mieliśmy dostęp do kronik i innych ciekawych rzeczy. Było to takie zanurzenie się w historii i przy okazji zbieranie wywiadów. Poczułam się, jakby została przeniesiona w czasie sześćdziesiąt lat wstecz!

Wyobrażam sobie, że odbudowa kościoła w czasach PRL nie była łatwa.

W trudnych warunkach socjalistycznej Polski taki proces odbudowy to były niesamowite rzeczy: udawanie, że ołtarz jest tylko rekonstrukcją starego ołtarza, pomoc ze strony władz partyjnych udzielana poza urzędem, na przykład doradzanie, jak zapłacić mniejszy podatek. Kościół był wtedy bardzo niszczony domiarami, opłatami, podatkami i tak dalej. A każdy nowy element w kościele był wzbogaceniem, od którego trzeba było zapłacić podatek. Wypłynęła tu postać księdza Budnika, który do tej pory cieszy się olbrzymim szacunkiem wśród naszej społeczności i ma tu swoją ulicę. Był księdzem o wielkim sercu, odbudował ten kościół, nazywając go swoją małą Częstochową. Podobno w czasie wojny w chwili zagrożenia życia uczynił takie postanowienie Maryi, że zbuduje Jej kościół. I faktycznie tak się stało. Kościół był budowany na podstawie planów budynku przedwojennego, który został konsekrowany w roku 1935. W 1940 została uszkodzona wieża, a w 1944 Niemcy wysadzili go w powietrze. Przez lata msze odbywały się w kaplicy obok. Dla naszego archiwum istotne jest też to, że mając zdjęcia z parafii, złożyliśmy wniosek na projekt do „Kultury w sieci” pod hasłem „Wirtualna podróż w przeszłość”. Dzięki temu publikujemy zdjęcia z odbudowy w internecie, a przy okazji udało nam się udoskonalić naszą stronę WWW.

Czy biblioteka angażuje w swoje archiwistyczne działania również młodzież?

Oczywiście. Przykładem tego był cały projekt „Domy, które mówią”, w przedsięwzięciu „Wczoraj i dziś” zrealizowaliśmy z młodzieżą warsztaty fotograficzne. Uczestnicy mogli sobie wybrać zdjęcie starego budynku z naszych zbiorów. Zadaniem było zrobienie zdjęcia pokazującego, jak obecnie wygląda to miejsca. Powstała w ten sposób wystawa, która jest bardzo chętnie eksponowana przy okazji świąt dotyczących miasta. Warsztaty fotograficzne były przeprowadzane w trudnym pandemicznym czasie, ale ponieważ większość zajęć mogła się odbyć na świeżym powietrzu, bo dotyczyła budynków, projekt się udał. Wzięło w nim udział około dwudziestu osób.

Czy zaskoczyły Panią jakieś zdjęcia zrobione na warsztatach?

Zaskoczyło mnie – bardzo negatywnie – to, że te budynki kiedyś wyglądały dużo lepiej niż teraz. Na przykład dworzec kolejowy… Miasto w ogóle nie ma na niego wpływu. Natomiast jeśli chodzi o ulice, nawierzchnie, chodniki, o budynki będące w rękach prywatnych, to zmieniły się one na korzyść.

Oryginalny, zabytkowy dworzec kolejowy jest wizytówką Moniek, dlatego też jestem zaskoczona, że akurat on nie wypiękniał!

Nigdy nie był remontowany, dlatego że jest we władaniu PKP. Władze miasta zrewitalizowały teren wokół. Otoczenie jest więc piękne, ale sam budynek niszczeje. Miliony wydano na rewitalizację odremontowanego już budynku w Białymstoku, na nasz dworzec już niestety nie starczyło.

Nie stanowi żadnego zagrożenia dla podróżujących?

Nie, bo jest zamknięty na kłódkę. Być może będzie przebudowywana linia kolejowa, która nam przetnie miasto. Boję się, czy zabytkowy dworzec nie zostanie zburzony, jeśli stacja kolejowa zostanie przeniesiona w inne miejsce. Jestem po wizytach na Pomorzu, gdzie biblioteki są właśnie na dworcach. Ten budynek mógłby służyć wielu użytkownikom i być naszą wizytówką.

Czy Biblioteka Publiczna w Mońkach może coś zrobić, żeby zapobiec takiemu pesymistycznemu scenariuszowi?

Nie sądzę. Nawet władze miasta nie mogą niczego zrobić. To jest już chyba poza nami. Chciałabym natomiast przeprowadzić projekt fotograficzny z wykorzystaniem budynku dworca jako tła.

Jakie jeszcze ma Pani plany związane z archiwistyką społeczną?

Moim marzeniem jest wydanie albumu ze starymi fotografiami i ich krótkimi opisami, żeby utrwalić zbiory nie tylko w formie cyfrowej, ale też w papierowej. Są ludzie, którzy lubią mieć coś w ręku, szczególnie dotyczy to starszego pokolenia, ale myślę, że nie tylko. Uważam, że książka wraca powoli do łask i obcowanie z papierem ma swoją wartość.

Co jest według Pani skuteczniejsze w dotarciu do ludzi? Internet i media społecznościowe czy rozmowa i papierowy plakat wywieszony na tablicy w bibliotece?

Raczej marketing szeptany. Ktoś gdzieś coś słyszał… Osoby, z którymi rozmawiam, polecają następne osoby, dają jakiś kontakt. Wtedy dzwonię, umawiamy się, albo nie. Ale kontakt internetowy też jest nie do przecenienia, dlatego że docieramy do osób, do których historia Moniek ma wartość sentymentalną. Na przykład ostatnio na Messengerze umówiłam się z panią, która chciałaby nam coś opowiedzieć. Na Facebooku publikujemy stare zdjęcia, odzywają się wtedy do nas jakieś osoby. W taki sposób napisał do mnie na przykład biskup z amerykańskiej parafii. Najpierw myślałam, że to jakiś żart, ale okazało się, że to naprawdę ksiądz, który zmienił kościół i jest teraz w Polskim Narodowym Kościele Katolickim. Urodził się tutaj. Co ciekawe, jego ojciec był pierwszym fotografem w Mońkach. Pochodził z Trzciannego. Biskup przesłał mi online kilka zdjęć.

Monieccy emigranci, tak liczni w Stanach Zjednoczonych, wydają się nadzieją na pozyskiwanie ciekawych zdjęć dotyczących historii Moniek.

Tli mi się już w głowie pomysł utworzenia muzeum poświęconego emigracji. Przy jego tworzeniu liczyłabym jednak bardziej na mieszkańców Moniek, którzy stąd nie wyjechali. Sama mam w albumie w domu zdjęcie rodziny przy statku wybierającej się na emigrację, z której już nie wróciła, osiadła w Stanach na stałe. Nie wiem jednak, co z tego pomysłu wyjdzie, bo nie każdy ma szacunek do starych dokumentów. Pewnie wiele osób powiedziało sobie, przeglądając rzeczy, które emigranci tu zostawili: „A, stare! Wyjechali, wyrzucić, spalić”. Emigracja być może będzie następnym tropem, którym możemy pójść. Początek już został zrobiony, bo mamy swój kawałek ulicy w Chicago: Moniecka Way. Jest to fragment jednej z głównych ulic tego miasta.

Może znajdzie się przy okazji więcej zdjęć wykonanych przez tatę biskupa z USA?

To by nas bardzo ucieszyło. Moim nieodżałowanym błędem jest to, że mieszkałam obok fotografa, jedynego fotografa w Mońkach, i w momencie, gdy zmarł, miałam dostęp do jego zdjęć, ale nie doceniłam ich ważności. Byłam wtedy dzieckiem…

Co się z nimi stało?

Pewnie uległy zniszczeniu. Rodzina tego fotografa mieszka w Warszawie. On też był warszawiakiem. Przyjechał do Moniek w nadziei na pracę, dlatego że w stolicy fotografów było wielu, a tu tylko on jedyny. Dokumentował życie miasteczka, robiąc zdjęcia, nawet te okazyjne. Ale każde zdjęcie to dokument.

Jest Pani w kontakcie z jego rodziną?

Niestety nie. Próbowałam, ale nie udało się nawiązać z nią kontaktu.

Może jeszcze kiedyś znajdą się te fotografie, na przykład gdzieś na strychu jakiegoś domu lub w piwnicy bloku. To miejsca, które docenia coraz więcej bibliotekarzy – archiwistów społecznych.

Często słyszę od mieszkańców obietnice „jak wejdę na ten strych”, ale nie wszystkie są jeszcze zrealizowane.

Szkoda, że nie istnieje już dom, w którym mieszkała profesor Maria Janion, gdy jeszcze była mała.

Profesor Maria Janion to najciekawsza postać związana z Mońkami. Urodziła się tutaj. Stąd pochodziła jej mama, która wyszła za urzędnika kolejowego. To nie była ciekawa historia, dlatego Maria Janion mieszkała w Mońkach dosyć krótko. Mama zabrała dzieci i wyprowadziła się stąd. Ale była tutaj znaną osobą, pochodziła z ziemiaństwa, prowadziła pocztę. Jej córka spędzała potem w Mońkach wakacje. Od rodziny pani profesor dostałam kilka zdjęć. Mamy swój udział w przybliżeniu sylwetki Marii Janion w książce „Ludzie Moniek”. Dom, w którym spędzała dzieciństwo, został już zburzony. W publikacji „Domy, które mówią” też są zresztą już dwa nieistniejące budynki. Staramy się więc  dokumentować, co się da i cieszę się, że zdążyliśmy. Z niektórymi rzeczami nie zdążyliśmy, ale ciągle jeszcze mamy szansę na inne.

Pochodzi Pani z Moniek. Czy łatwiej jest komuś takiemu jak Pani zbierać relacje i fotografie od mieszkańców?

Myślę, że to nie ma znaczenia, czy pochodzi się z miejscowości, której historię zbiera się i dokumentuje. Pochodzę z Moniek, ale nie jestem tu tak mocno osadzona, bo moi rodzice nie pracowali tutaj. Mama była nauczycielką, tata pracował w terenie. Jestem introwertykiem, więc nie wszystkich kojarzę i znam. To mi też pomaga, bo ja po prostu pytam. Nie mam żadnego emocjonalnego nastawienia, jestem wolna od uprzedzeń. Owszem, wspomagam się moją własną wiedzą o Mońkach, to też jest pomocne, ale nie od tego zależy badanie historii miejscowości. Myślę, że największe znaczenie ma prawdziwe zainteresowanie.

Do napisania nowej monografii przymierza się pani profesor Barbara Cieślińska. Czy monieckie archiwum społeczne pomoże jej w tym zadaniu?

Pani profesor jest socjologiem, opisze więc naszą miejscowość pod kątem socjologicznym. W bibliotece będą składane prace konkursowe na temat „Moje życie w Mońkach”. Konkurs ten dotyczy słowa, ale my znów możemy pytać i prosić mieszkańców o zdjęcia, które zasilą nasze archiwum. Cieszymy się więc ze współpracy przy tym przedsięwzięciu.

Fot. Alicja Szulc / Centrum Archiwistyki Społecznej

archiwiści społeczni o sobie