archiwiści społeczni o sobie

Małgorzata i Andrzej Bieńkowscy

Organizacja: Muzyka Odnaleziona

ilustratorka książek dziecięcych i graficzka oraz malarz, etnograf, profesor sztuk plastycznych, prowadzą fundację Muzyka Odnaleziona, a w niej Archiwum Muzyki Wiejskiej

Miniaturka

Małgorzata i Andrzej Bieńkowscy z fundacji Muzyka Odnaleziona najbliżej znani są środowisku domotanecznemu – jest ono jak śnieżna kula, która się powiększa. Samo gra i to jak gra! Bez archiwum społecznego dzisiejszym młodym tworzącym muzykę wiejską byłoby o wiele ciężej. Dzięki starannie opracowanym, wydanym w książkach i na płytach, udostępnionym w internecie archiwaliom mogą oni czerpać wiedzę od mistrzów. Wielu wiejskich muzykantów na szczęście nie zabrało swych muzycznych tajemnic do grobu. Nagrywał ich malarz, który kupił sobie w 1980 roku dom nad rzeką koło Wyśmierzyc, nie mając pojęcia o tym, że tam zacznie się jego wielka etnomuzykologiczna przygoda. Mowa tu oczywiście o panu Andrzeju – profesorze warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Razem z żoną Małgorzatą przyczynili się do wskrzeszenia muzyki wiejskiej w Polsce.

Anna Maryjewska (Centrum Archiwistyki Społecznej): Minęło już ponad 40 lat od pierwszego nagrania muzykantów. Czy wciąż odnajdują Państwo na wsi muzykę?

Andrzej Bieńkowski: Wczoraj nagrywaliśmy 88-letnią śpiewaczkę o świetnym głosie, 100 kilometrów od nas. Spotykamy się teraz również z młodymi muzykantami. Nowością jest to, że gra dużo dziewczyn. Młodzi zgłaszają się do nas sami. Mają świetne umiejętności techniczne. Uczą się z nagrań i to jest genialne! Ta muzyka stąd, z Radomskiego, jest improwizowana jak jazz, bo jest temat i od indywidualności artysty zależy, jak będzie go ogrywał.

Te nagrania, z których korzystają teraz młodzi, to płyty wydane przez Muzykę Odnalezioną?

Małgorzata Bieńkowska: Korzystają również z nagrań umieszczonych przez nas w internecie, wielu z nich zna je na pamięć.

Pomocą dla młodego pokolenia była i nadal jest Pańska książka pt. „Ostatni wiejscy muzykanci”.

AB: Stała się wskazówką dla ludzi, gdzie i do kogo mają jechać. Osobą, która się najbardziej zasłużyła dla tego ruchu, jest nieżyjący już skrzypek Jan Gaca, który wychował około 20 skrzypków. Ci młodzi ludzie przyjeżdżali tutaj do niego. To był czarujący człowiek. Mieszkał w biednej izdebce. A jego żona bardzo dzielnie znosiła te koczujące hordy młodych ludzi. Oni uwielbiali Jana Gacę. Był genialnym nauczycielem, świetnym skrzypkiem. Od niego wzięło się to zmartwychwstanie muzyki skrzypcowej.

To znaczy, że muzyka ta przed „odkryciem” Jana Gacy zanikała? Muzykanci przestali grać?

AB: W 1975 roku władze wymyśliły, że nie wolno uprawiać zawodu muzyka, jeśli nie ma się „papierów”. W komisjach weryfikacyjnych brali udział działacze kultury, etnografowie, wybitni przedstawiciele środowisk twórczych. Oto historia jednego z największych polskich skrzypków, Kazimierza Meto. Około 1976 roku przyjechały do niego chłopaki i mówią: „Kaziu, zagraj u nas na zabawie”. Kazio wziął skrzypeczki i pojechał do sąsiedniej wsi na rowerze. Przyszedł tam ormowiec, który znał ten przepis, zabrał Kaziowi skrzypki i wlepił mu mandat. Towarzystwo się rozpierzchło. Kazimierz Meto przeżywał to latami.

Dokumentując grę takich ludzi, jak Kazimierz Meto, przyczynili się Państwo do odrodzenia muzyki wiejskiej.

AB: Przez ponad 20 lat z Małgośką robiliśmy rekonstrukcje. Odszukiwaliśmy instrumenty, w okropnym stanie, odkupywaliśmy je, dawaliśmy do wiejskiego lutnika i jechaliśmy z nimi w teren. Żyli jeszcze ludzie, którzy umieli na nich grać i bardzo chcieli grać. Takie skrzypce, bębny i basy zostawiliśmy na miesiąc, a potem wracaliśmy, żeby to nagrać. Nastawieni byliśmy na grę zespołową.

MB: Na początku w sesjach nagraniowych brała udział cała wieś. Ludzie przychodzili, dośpiewywali, tańczyli. W naszym archiwum trzonem są filmy, a cała reszta jest nadbudową. Wszystkie inne zbiory pojawiały się przy okazji potrzeb. Na przykład zdjęcia – zobaczyliśmy, że są nieszanowane, wyrzucane, a przecież opowiadają o świecie, którego nie mogliśmy już poznać. Chcieliśmy je ratować.

Jaki jest świat na zdjęciach z Państwa archiwum?

AB Mamy sporo zdjęć z wesel. Ciekawostką jest to, że podczas II wojny światowej wiele fotografii wywołali i przekazali chłopom Niemcy. Tak było np. w Opoczyńskiem. Przyglądając się zdjęciom z wesel, ze zdziwieniem zauważyliśmy na niektórych kogoś z Wermachtu lub SS. Trafiliśmy też na ślady niesłychanych rzeczy, np. na teatr weselny. Robiłem jeszcze wywiady z ludźmi, którzy drugiego dnia wesela przedstawiali komedię dell’arte, przebierali się, malowali sadzą, burakami itd. Jeszcze żyli ci 80-letni aktorzy. To było wzruszające. W Nowicy zrobiliśmy rekonstrukcję takiego teatru z Piotrem Bussoldem.

MB: Kiedyś dostaliśmy zdjęcia rodziny z dwudziestolecia międzywojennego, ale wydały nam się dziwne. Stroje mieszczańskie na wsi? Okazało się, że fotografowie jeździli po Polsce ze skrzynią z ubraniami, kompletem dla całej rodziny.

AB: Osłupieliśmy. Zaczęliśmy iść tym tropem. Te zdjęcia służą przecież teraz jako przykład strojów ludowych.

MB: Zawsze długo rozmawiamy o zdjęciach. Wyostrzył się nam wzrok na różne niezwykłości. Zaczęliśmy „czytać”, nie tylko oglądać fotografie.

Jednak główne skrzypce w Państwa archiwum gra sama muzyka, głównie z centralnej Polski, Lubelszczyzny, Ukrainy i Białorusi.

AB: Młodziaki – z Opoczna, Warszawy czy Łowicza – dzwonią do nas z prośbą o nagrania. Nie ma tygodnia, żeby ktoś się do nas nie zgłaszał. Dziwne, że młodzi, którzy chcą się uczyć tej muzyki, nie mają dostępu do archiwów tworzonych za państwowe pieniądze.

Jak godzicie Państwo Wasze działania z pracą zawodową? Pani ilustruje książki dziecięce, Pan maluje obrazy, a prowadzeniem archiwum społecznego zajmują się Państwo po godzinach?

MB: Najważniejsze dla Andrzeja (oprócz oczywiście malarstwa i pracy pedagogicznej) były spotkania z muzykantami, nagrania. W latach 1980–2000 to był ogromny wysiłek organizacyjny i finansowy. Archiwizacja pojawiła się w momencie, w którym szeroko zaczęliśmy korzystać z naszych zbiorów – zaczęliśmy wydawać książki i płyty (właśnie pracujemy nad piętnastą).

Wiele z tych publikacji zostało nagrodzonych w konkursach.

AB: Materiały do płyt zbieraliśmy 23 lata. Żaden z nagranych muzykantów już nie żyje. Te lata pracy owocują teraz tekstami i fenomenalnymi nagraniami.

MB: Gdy zaczęliśmy wydawać książki i płyty, zrobiliśmy kipisz w naszych zbiorach. Doszliśmy do wniosku, że musimy wypracować jakiś system, według którego możemy łatwo do nich sięgać, znajdować je i odkładać na miejsce. Było też coraz więcej ludzi chętnych do korzystania z tych zbiorów, ważna stała się więc dla nas również możliwość udostępniania materiałów.

Czy staracie się Państwo docierać do ludzi spoza Waszego środowiska?

MB: Co mnie zdziwiło, nasza strona internetowa trafia do szerokiego grona odbiorców. Internauci często szukają np. informacji o swojej rodzinie i wpisują nazwiska. I te odkrycia, że babcia, dziadek są na YouTube! To miłe i owocuje często uzupełnianiem opisów, czy dodatkowymi fotografiami.

Próbowaliście może flirtu z muzeami?

MB: Cudownie współpracowało nam się np. z Muzeum Etnograficznym w Krakowie czy Muzeum Mazowieckim w Płocku. Ale też sparzyliśmy się kilka razy. Niestety nie wszystkie muzea przestrzegają praw autorskich… Przyjemnie jest pracować „w terenie”. Naszą dumą są wystawy na płotach. Przy okazji wydawania nowych publikacji staramy się robić z miejscowymi władzami koncerty, pokazy filmów archiwalnych. Dobrze jest, gdy część nakładu pozostaje w miejscowych bibliotekach, szkołach.

Czy ktoś przekazuje potem to dobro uczniom?

MB: To duży problem, żeby na miejscu znalazła się osoba, która będzie wiedziała, jak dzieciaki tym zainteresować. Jest taki projekt „Mały Kolberg”, młodzi ludzie jeżdżą po kraju i pokazują tę muzykę dzieciom w taki sposób, żeby ją polubiły.

AB: Nie jest to szanowana muzyka. To trudny temat w Polsce. Kulturę wiejską wykorzystuje się do celów politycznych, a to może zniechęcić młodzież. Od dwóch lat robię audycję dla Programu II Polskiego Radia i widzę, jak stopniowo muzyka folkowa zaczyna wypierać muzykę autentyczną, bo jest łatwiejsza. Muzyka wiejska to zupełnie co innego, to muzyka, podobnie jak jazz, improwizowana, muzykanci ogrywają mazurkowe tematy. Nawet skrzypce się trzyma inaczej niż w filharmonii.

Płyty Muzyki Odnalezionej celują w „niecepeliowe” gusta, to widać od razu. Ich szata graficzna jest wyjątkowa.

MB: W 2007 r. pojechaliśmy do Kazimierza nad Wisłą i znaleźliśmy tam masę rzeczy, które udawały, że są wytworami kultury ludowej. Nie było ani jednej płyty z muzyką wiejską! Gdy wróciliśmy, postanowiliśmy sami założyć wydawnictwo i jeszcze tego roku wydaliśmy trzy płyty. Chcieliśmy dotrzeć do środowiska inteligenckiego, skusić je ładnym gadżetem – atrakcyjną i ciekawą książeczką.

AB: Pracowałem wtedy na uczelni. „To co, wpadniecie do nas?” – pytałem przyjaciół. „Tak, bardzo chętnie, ale pod warunkiem, że nie będziecie puszczać muzyki ludowej!”.

MB: Publikacje z muzyką wiejską wyglądały wtedy bardzo stereotypowo i banalnie: łąka, skansen, ubrania z Cepelii, umalowane panny. Postanowiliśmy zrobić to inaczej. Zwróciłam się wtedy do Grażki Lange z Akademii Sztuk Pięknych, która zaprojektowała layout serii. Teraz większość publikacji projektuję ja, jednak rola Grażki jest nieoceniona. Ale też mam w ręku świetne materiały! Zdjęcia Andrzeja z nagrań robionych w domach muzykantów, ich walor, oprócz malarskiego oka, to też autentyczność sytuacji, wnętrz, uroda dawnych twarzy wiejskich. No i zdjęcia archiwalne, które uwielbiamy.

Jak widzą Państwo przyszłość Muzyki Odnalezionej?

MB: Bardzo ważne jest nagrywanie i wydawanie płyt z muzyką tradycyjną. Nie tylko my, ale i inni chcący publikować takie płyty mają teraz spory problem, bo ograniczone zostały możliwości pozyskiwania grantów na ten cel – środowiska związane z muzyką tradycyjną walczą o taką możliwość, bez wsparcia państwa to się nie uda. To jednak wciąż niszowa działalność, małe nakłady generują duże koszty. Starzy muzykanci umierają i ten dramatyczny problem z dostępem do archiwów… Gdzie ma szukać repertuaru młody muzyk, śpiewaczka? Nasza przyszłość to wspieranie właśnie młodych, zarówno jeśli chodzi o repertuar, jak nagrania i z nimi. Niech działają, grają, jest ich coraz więcej. Cieszymy się, że mamy archiwa i możemy się nimi dzielić.

archiwiści społeczni o sobie