archiwiści społeczni o sobie

Katarzyna Gębarowska

Organizacja: Fundacja Fotografistka

Badaczka historii fotografii, kuratorka wystaw fotograficznych, wydawczyni książek, prezeska Fundacji Fotografistka, szczególnie zainteresowana herstorią. Stypendystka MKiDN, dyrektorka Vintage Photo Festival. Kuratorka wystawy pt. „Eros i Tanatos. Bydgoskie pionierki fotografii zawodowej w Bydgoszczy 1888–1945”. Współautorka książek „Kobiety Fotonu” (2018) oraz „Zawód: fotografistka” (2019), wyróżnionej w konkursie PTWK Najpiękniejsze Książki Roku 2019. Zwyciężczyni drugiej nagrody w konkursie CAS „Odkryj swoje archiwum”.

Miniaturka

Anna Maryjewska [Centrum Archiwistyki Społecznej]: Odkryłaś dla świata zapomniane bydgoskie fotografistki, gratulacje! Czy tak się zaczęła Twoja przygoda z archiwistyką społeczną?

Katarzyna Gębarowska: Archiwistyka społeczna pojawiła się w moim życiu właśnie przy okazji pisania pracy doktorskiej na temat pierwszych zakładów fotograficznych prowadzonych w Bydgoszczy przez kobiety. Zaczęłam wtedy poszukiwania, chciałam napisać herstorie, odkryć zerwaną genealogię. Mieszkam w Bydgoszczy, zajmuję się fotografią, mam swoją pracownię i bardzo mnie ciekawiło, kto był tutaj przede mną i jak wyglądało to środowisko, szczególnie środowisko kobiet. Kim były te kobiety? Czy mam się do czego odnieść, do czego nawiązać, przeciwko czemu się zbuntować?

Fundacja Fotografistka pasuje do Bydgoszczy, która wielu ludziom może kojarzyć się z fotografią i przemysłem fotochemicznym. Czy poszukiwanie bydgoskich pionierek fotografii było dużym wyzwaniem?

Historia bydgoskiego przemysłu fotochemicznego ma już prawie sto lat. W 1926 roku Marian Dziatkiewicz założył tutaj Fabrykę Płyt i Papierów Fotograficznych Alfa, później po wojnie upaństwowioną i przemianowaną na Foton. Bliźniacze zakłady Fotonu działały w Warszawie, gdzie produkowano błony fotograficzne. W Bydgoszczy natomiast powstawały papiery fotograficzne. Był tu tym samym bardzo duży dostęp do materiałów fotograficznych. W Bydgoszczy żyło całe środowisko pracowników i ich rodzin. W okresie największej świetności Foton zatrudniał prawie tysiąc osób. Wydawało mi się, że miasto nasiąknęło fotografią i fotografia jest jego dziedzictwem kulturowym. Chciałam znaleźć w tym środowisku kobiety. Te poszukiwania pionierek były jednak bardzo trudne.

Od czego zaczęłaś?

Pierwsze kroki skierowałam do muzeum i do archiwum państwowego. Okazało się, że tam prawie nic nie ma. Trafiłam na tylko jedno zdjęcie i jedno nazwisko. Odwiedzałam antykwariaty i znajdowałam w nich jakieś pojedyncze zdjęcia, nazwiska. Dowiadywałam się dzięki temu, że w ogóle pracowały przed wojną w Bydgoszczy jakieś kobiety związane z fotografią. Chodziłam też po mojej dzielnicy, która jest trochę jak warszawska Praga, i w kamienicach wkładałam do skrzynek pocztowych informację, że kupię zdjęcia wykonane w zakładzie Jadwigi Szopieraj przy ulicy Świętojańskiej 8 (ten zakład nie istnieje już od 50 lat, a z kolei jego wcześniejsza historia była blisko 80-letnia). I to zaprocentowało, bo udało mi się dotrzeć do pana, który kojarzył wnuka tej fotografistki! W ten sposób nawiązałam z nim kontakt.

Jak długo zajęło Ci zdobywanie wiedzy o bydgoskich fotografistkach?

Praca nad archiwami prekursorek bydgoskiej fotografii trwała wiele lat. Zdjęcie do zdjęcia, historia do historii… Po paru latach często wiedziałam już więcej o danej osobie niż jej rodzina. Te układanki miałam dobrze rozrysowane, jakbym projektowała budynek. Wiedziałam na przykład, kiedy był ślub, kiedy dana fotografistka przyjechała do Bydgoszczy, u kogo praktykowała. Historie mówione, które zdobywałam od rodzin, przeważnie były wspomnieniami nacechowanymi emocjami, a niekoniecznie zawierały konkrety. Rodzina opowiadała: „Gdzieś tam praktykowała, u jakiegoś Niemca”. Trzeba było to wszystko potem uzupełniać wiedzą historyczną i dokumentami.

Jak wpadłaś na pomysł wydania książki o innych kobietach z Bydgoszczy – tych, które produkowały papier fotograficzny?

Książkę „Kobiety Fotonu” napisałam z Małgorzatą Czyńską w trakcie badań do pracy nad fotografistkami. Podczas którejś edycji Vintage Photo Festival, czyli  Międzynarodowego Festiwalu Miłośników Fotografii Analogowej, organizowałam wystawę fotografii Teresy Gierzyńskiej pod tytułem „Nastroje” (postawienie jej samej w centrum było zalążkiem ekspozycji prezentowanej potem w Zachęcie). Artystka wspominała wtedy na spotkaniu autorskim słynne papiery fotonowskie Fotonbrom. Mówiła, że Foton był supermarką, że świetnie jej się na tych materiałach pracowało, bo miały tak dużo srebra i dobry kontrast. Gdy papiery te przestały być produkowane, nigdy nie robiła już takich dobrych zdjęć. Nastąpiło ożywienie wśród publiczności, bo okazało się, że wiele osób pamiętało lub znało kogoś, kto pracował w Fotonie, lub ktoś też pracował na tych papierach. Właśnie wtedy zaciekawił mnie temat tej fabryki. Zauważyłam taką zależność, że mimo iż 90 procent jej pracowników stanowiły kobiety, nie zabrały one nigdy głosu i historia Fotonu nie została opowiedziana z ich perspektywy. Po fabryce pozostała izba pamięci, w której prezentowany jest sprzęt, kilka broszurek z danymi statystycznymi oraz wypowiedziami kierowników sprzedaży i dyrektorów. Mieści się ona w Muzeum Fotografii w Bydgoszczy.

W jaki sposób dotarłaś do kobiet Fotonu?

Udało mi się skontaktować z byłym dyrektorem fabryki, Ryszardem Chodyną. Był to bardzo życzliwy człowiek, który ogromnie nam pomógł, przekazując kontakty do byłych pracownic. Tak zaczęło się moje pierwsze spotkanie z dużym projektem z dziedziny archiwistyki społecznej, z historią mówioną. Gdy panie przyszły do siedziby Fundacji, nagrywałyśmy spotkanie na dyktafon. To nie nadawało się jednak do spisania, bo były one tak podekscytowane spotkaniem po latach, spotkaniem z nami i pracą przy tym projekcie, że przekrzykiwały się, opowiadały sobie wszystkie historie, anegdoty, wszystko na raz. Musiałyśmy więc zaprosić panie indywidualnie na następne spotkania. Tak powstała książka „Kobiety Fotonu”, w której wypowiadają się kobiety tworzące historię fabryki od początku. Wśród nich znalazła się pani, której wujek Teofil Orłowski jeszcze przed wojną był zatrudniony tam jako chemik i opracowywał patenty. Wypowiedziały się też panie pracujące w fabryce w  latach 40., 50., 60. 70. i 80. Nasze rozmówczynie przynosiły zdjęcia, więc zebrałyśmy bardzo interesujący materiał ilustracyjny, nigdy wcześniej niepublikowany.

Co pokazują te zdjęcia?

Są to fotografie, które dziewczyny robiły sobie przy pracy, często bardzo zabawne. Gdy przeglądałam ten materiał i rozmawiałam z nimi, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nigdy o tym nie słyszałam, nic o tym nie wiedziałam, przecież to takie ciekawe! Myślałam o tym, że przecież te panie niedługo odejdą, ich historie zostaną zapomniane, zdjęcia wyrzucone do śmieci, bo nikt tych materiałów nie zebrał, nie zarchiwizował. Musiałam się więc tym zająć, bo kto, jak nie ja?

Ciekawe jest też to, że publikacja o kobietach Fotonu została uzupełniona o głosy artystek.

Do współpracy zaprosiłam Natalię LL, Teresę Gierzyńską i Jolantę Marcollę. One opowiedziały z kolei, jak pracowało im się na tych papierach produkowanych przez kobiety z fabryki. Te dwa głosy kobiet z zupełnie różnego środowiska, które by się nigdy nie spotkały, spotkały się właśnie w książce. W ramach materiałów promocyjnych Fotonu wydawane były kalendarze, do których rysunki tworzyła Maja Berezowska. Z Fotonem współpracowały również inne artystki, a najsłynniejszą twarzą marki była aktorka Ewa Szykulska. Ona też zabrała głos w książce. Ten projekt rozrósł się i okazało się, że istnieje ogromne dziedzictwo kobiet Fotonu, nigdy dotąd nieopowiedziane i nieopracowane.

Czy książka ta otworzyła Waszej Fundacji drzwi do zaufania mieszkańców Bydgoszczy?

Przy okazji innych projektów o wiele łatwiej było nam się przedstawiać z książką w ręku, świadczącą o tym, że jesteśmy wiarygodne i wiemy, co robimy. Ludzie zaczęli przychodzić do siedziby Fundacji. Często trafiają tu osoby, które chciały coś przekazać do muzeum, ale spotkały się tam z odmową, bo instytucje te przyjmują tylko określone dzieła sztuki lub materiały o dużej wartości historycznej. Tak poznałam panią Elżbietę Nahorską. Zmarł jej mąż i przyniosła trochę książek i aparatów fotograficznych, które pozostawił. Chciała je nam pokazać. Henryk Nahorski nie był artystą, ale geodetą zajmującym się kartografią, tworzącym wydawnictwa turystyczne. Kilka razy odsyłałam panią Elżbietę, tłumacząc jej, że niestety nie mamy miejsca na takie rzeczy, żeby lepiej zaniosła je do antykwariatu lub biblioteki. Ale pewnego razu pani Elżbieta przyniosła w reklamówkach zdjęcia. Wśród nich były slajdy. Zaczęłam je przeglądać. Zachwyciłam się! Przedstawiały wnętrza, architekturę późnego modernizmu, czasami socmodernizmu. Pokazywały budynki, o których dziś Filip Springer mówi, że są „źle urodzone”. Zostały one sfotografowane w okresie swojej świetności. Dzisiaj się już ich wstydzimy lub przerabiamy je, opakowujemy styropianem i cała ich historia zostaje zatracona. Pan Nahorski miał naprawdę dobre oko. Poprosiłam jego żonę o więcej slajdów i wysłałam je do profesor Marty Leśniakowskiej do Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk, mojej uczelni. Pani profesor potwierdziła, że zdjęcia są świetne. Zrobiliśmy z nich wystawę i wydaliśmy katalog z tekstami o fotografiach architektury z tamtego okresu. Materiał ten stanowi bezcenny zbiór informacji o budynkach z regionu kujawsko-pomorskiego dla historyków sztuki, architektów, historyków i pasjonatów. Nahorski fotografował na przykład sanatoria, uniwersytet w Toruniu, bibliotekę, wnętrza hoteli, leśniczówki, które były wtedy budowane.

Dlaczego wcześniej te zdjęcia nie mogły być potraktowane jak sztuka?

Żyjemy w czasach nowej historii fotografii. Podział na kulturę wysoką i niską jest już zburzony. Coraz częściej fotografia wernakularna, czyli użytkowa, trafia do muzeów i galerii, tak jak w naszym przypadku, czy do publikacji. Kiedyś było to nie do pomyślenia, bo takie zdjęcia traktowano jako fotografię użytkową. Fotografia, którą warto było się zajmować z punktu widzenia historyka sztuki, była czarno-białą fotografią Bułhakowską, pejzażową, ojczystą. Takie obrazy kolekcjonowały muzea. Natomiast ta pozostała część, fotografia, której nie uznawano za sztukę, a która stanowi największy obszar produkcji fotograficznej, była często wyrzucana do śmietnika. Nikt nie myślał, że jest to coś, co się może jeszcze komuś kiedyś przydać, że to ma wartość. Słyszałam to przy wszystkich naszych projektach, na przykład: „Jakby pani przyszła pięć lat temu, to byśmy mieli więcej, ale już spaliliśmy w piecu, bo po co to komu, lepiej, żeby nikt tego nie oglądał”. W takich sytuacjach żałowałam, że nie urodziłam się wcześniej i nie ocaliłam większej ilości zdjęć [śmiech]. Ale i tak za każdym razem każde ocalenie jest bardzo wartościowe.

Chyba inaczej było ze zdjęciami ślubnymi zbieranymi przez Fundację do Archiwum Pięknej Miłości? Takie fotografie mają z pewnością swoje szczególne miejsce w ramkach czy albumach domowych. Czy zgadzasz się z tym?

Nawet takie zdjęcia jak fotografie ślubne bywają dziś wyrzucane! Często było tak, że ludzie, którzy przynosili fotografie do Archiwum Pięknej Miłości, chcieli je już u nas zostawić. Dla mnie było to niebywałe. Mówiłam im wtedy, że przecież to zdjęcie ich przodków, a spotykałam się z odpowiedziami typu: „Ale ja nie mam komu tego przekazać. Młodzi się nie interesują i to zostanie wyrzucone, a wiem, że u państwa nie zginie i historia nie trafi do kosza”. Zostawiałam wtedy te zdjęcia u nas.

Czy są takie fotografie, których przyjęcia nigdy nie odmówisz?

Są to zdjęcia zrobione w Bydgoszczy, bo kolekcjonujemy zdjęcia z naszego miasta. W siedzibie Fundacji prezentujemy wystawę stałą na temat bydgoskich zakładów fotograficznych do roku 1939. Chętnie przyjmujemy wszystkie tego typu fotografie, by na nich pracować, eksponować je, tworzyć kolejne albumy i książki. Jeśli ktoś chce nam ofiarować zdjęcia niezwiązane z tą tematyką, staram się pomóc i skontaktować z archiwistami lub historykami, którzy mogliby być nimi zainteresowani. Ale są też zdjęcia z dbałością przechowywane przez spadkobierców i cieszymy się zawsze, gdy chcą się z nami nimi podzielić, możemy je zeskanować i użyć do publikacji.

Jak bydgoszczanie zareagowali na ogłoszenie o zbieraniu przez Was zdjęć ślubnych do Archiwum Pięknej Miłości?

Odzew był tak ogromny, że w pewnym momencie nie byliśmy już fizycznie w stanie skanować i czyścić fotografii ani spotykać się z ofiarodawcami. Praca archiwisty społecznego bywa bardzo wyczerpująca emocjonalnie. Jaki to bagaż emocjonalny spotkać się z kimś, kto chce opowiedzieć, jak to suknia ślubna była użyta kilka razy do ślubu, a potem jeszcze raz do trumny dla kuzynki, i wiele innych ciężkich historii, bo często dzieliło się nimi starsze pokolenie! Nie byliśmy w stanie przeprowadzić więcej niż jednej, dwóch rozmów i skanowania dziennie. Czasami trzeba było odwieźć kogoś do domu lub pojechać do niego, bo ktoś się już nie poruszał. Czasami aż głupio mi było, jak widziałam, że pani idzie do nas o kulach, żeby pokazać nam kilka zdjęć i wziąć udział w projekcie, podzielić się swoją historią. Ludziom trzeba było poświęcić więcej czasu. Jak się odprowadziło panią, to chciała pokazać jeszcze swój balkon i rośliny, które na nim hoduje. I tak mam wyrzuty sumienia, że nie poświęcam za dużej uwagi tym osobom, które się do nas zgłaszają. Ale żeby tak mogło być, musiałoby pracować w Fundacji 20 osób a nie trzy.

Mimo że jest w Was w Fundacji tak mało, to udaje Wam się publikować niezwykle piękne rzeczy.

Bardzo się staramy, żeby wszystkie nasze publikacje, foldery, mapki, pocztówki były bardzo dobrej jakości. To też powoduje, że ogrom czasu zabiera retusz zdjęć, oczyszczanie ich z pyłków i brudu. Dbamy o każdy szczegół, o kolorystykę. Zajmuje się tym fotograf. Dużo energii wkładamy w tę jakość i bardzo ucieszyło nas, że za książkę „Zawód: Fotografistka” otrzymaliśmy wyróżnienie w prestiżowym ogólnopolskim konkursie na najpiękniejsze książki roku. Przykro mi jest natomiast, gdy widzę w publikacjach słabą jakość skanów albo złe wydruki na źle dobranym papierze, bo zdjęcia ogromnie tracą wtedy na wartości. To wielka szkoda, bo przeważnie moment publikacji to jest właśnie ten czas, w którym można zdjęcie i łączącą się z nim historię ocalić i zarchiwizować na wysokim poziomie. To ten jedyny moment, gdy ludzie przynoszą oryginał do organizacji. Bo później te zdjęcia przeważnie zostają już u spadkobierców i nigdy więcej nie będą skanowane, mogą więc zostać bezpowrotnie utracone. Jeśli w tym momencie niektóre wydawnictwa lub podmioty nie wykorzystują tej szansy, żeby zrobić to porządnie, wtedy to dziedzictwo jest już stracone.

Nigdy nie pracujecie na nadesłanych skanach?

Nie praktykujemy tego. Jeżeli ktoś ma zdjęcie i chce wziąć udział w projekcie, to musi ono przejść przez nasz skaner, naszego fotografa i naszych grafików, bo dbamy o jakość i spójność naszego archiwum i nie chcemy, żeby był to zlepek nadesłanych w różnych pikselach, wielkościach i formatach fotografii, które stanowią już tylko ilustrację danego tematu, ale jako zdjęcie samo w sobie już nie mogą być w żaden sposób publikowane czy eksponowane. A szkoda, bo to są naprawdę niesamowite fotografie. Wierzę w to, że nasza baza będzie mogła służyć dzięki swojej jakości przez wiele lat i zebrane w niej zdjęcia będą mogły być jeszcze kiedyś wykorzystane.

Fot. Magdalena Starowieyska

Obejrzyj więcej zdjęć z katalogu „Archiwum Pięknej Miłości”
Centrum Archiwistyki Społecznej jest patronem projektu „Archiwum Pięknej Miłości”

archiwiści społeczni o sobie