archiwiści społeczni o sobie

Anna Maciąg-Lipińska

Organizacja: Archiwum Historii Audiowizualnej Warmii i Mazur

Dokumentalistka, socjolożka, historyczka, doktorantka historii. Relacje ze świadkami historii nagrywa od 12 lat. Od wielu lat związana z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA i Domem Spotkań z Historią w Warszawie. Członkini Polskiego Towarzystwa Historii Mówionej. Współtwórczyni Archiwum Historii Audiowizualnej Warmii i Mazur.

Miniaturka

Anna Maryjewska (Centrum Archiwistyki Społecznej): Aniu, czy zdradzisz, gdzie znajduje się ten piękny, wypełniony Twoimi obrazami dom nad jeziorem, który widzieliśmy w filmie nakręconym z okazji IV Kongresu Archiwów Społecznych?

Anna Maciąg-Lipińska: Mieszkam na Warmii, pod Olsztynem. To początek Lasów Łańskich. Do których Bierut jeździł na polowania [śmiech]. Dom nie stoi w samej wsi, ale, jak się tutaj mówi: na kolonii. 

Pod domem chodzą sobie zwierzęta, a ty, na co dzień wolny strzelec, musisz się przedzierać przez puszczę, zanim dotrzesz do miasta, gdzie możesz spotkać więcej ludzi?

Przyjmuję to wszystko z dobrodziejstwem inwentarza. Nie jest tak źle z tym przedzieraniem się przez las. Co prawda dość regularnie musimy reperować zawieszenie samochodu, ale i tak w porównaniu z czasem, gdy budowaliśmy tu dom pięć lat temu, już przez kilometr jedzie się po asfalcie. Myślę, że to efekt pandemii, bo blisko drogi powstało nagle więcej domów.

W pandemii możliwość pracy w domu otworzyła wielu ludziom drzwi do nowego życia.

Projekt, który prowadzę, czyli Archiwum Historii Audiowizualnej Warmii i Mazur, w dużej mierze też opiera się na pracy zdalnej. Ale, żeby nagrać ludzi, muszę do nich pojechać.

Jak trafiasz do osób, które nagrywasz? 

To bardzo proste. Wszyscy widzimy wokół siebie wiele starszych osób. Nagrywam zawsze biograficznie, czyli proszę o opowiedzenie całego życia. Jeżeli temat danego projektu dotyczy doświadczeń wojennych, to udaję się wtedy na przykład do jakiegoś koła kombatantów lub koła sybiraków. Chodzę na spotkania seniorów w kole seniora, odwiedzam domy opieki, tam gdzie są starsze osoby. Zdarzało mi się też zaczepić kogoś na ulicy. Najczęściej ci, którzy zaczynają nagrywać, stosują metodę kuli śniegowej, czyli najpierw nagrają babcię, później sąsiadkę babci i kolejną osobę wskazaną przez tę osobę, która gdy już jest nagrana, ma większe zaufanie. Łatwiej dotrzeć za jej pośrednictwem do następnych osób. Bo ona powie, że takie nagranie to nic strasznego. Ja jeżdżę też po wsiach i wchodzę do sołtysów, proszę, pytam, kto jest najstarszy we wsi, kto mógłby porozmawiać, wchodzę bezpośrednio do domów. I jakoś się udaje.

Ale teraz jest pandemia. Czy ludzie nie boją się takich spotkań?

W pierwszym roku pandemii, gdy nie było jeszcze szczepień, nie nagrywałam. Bałam się i nie chciałam też narażać innych. Ale teraz Polskie Towarzystwo Historii Mówionej wypracowało metody pracy w czasie pandemii. Są już osoby, które zaczynają nagrywać online, zazwyczaj za pośrednictwem wnuków i dzieci rozmówców, które ustawiają kamerkę. Ja się jeszcze na to nie odważyłam.

Dlaczego?

Bardzo cenię sobie kontakt bezpośredni. Ciężko mi wyobrazić sobie, jak mogłabym rozmawiać z taką starszą osobą przez internet. Za bardzo myślę o tym, że dla nich, dla rozmówców, to byłoby trudniejsze. Ja jestem przyzwyczajona do tej formy, ale oni nie, więc nie mogę się póki co przełamać. Odkąd są szczepienia, gdy nagrywam, mówię, że jestem zaszczepiona. Zresztą przechorowałam już COVID, przyjęłam też trzecią dawkę szczepionki. Zazwyczaj to rozwiązuje sprawę. Nie spotkałam się jeszcze z odmową.

Jak odczuwasz tę zmianę sytuacji?

Gdy jeszcze nie prowadzono szczepień, ale latem była „odwilż” pandemiczna, nagrywałam w maseczce, siedziałam w oddaleniu. Stanowiło to utrudnienie, bo jednak kontakt fizyczny, widzenie z bliska twarzy tej drugiej osoby też są ważne. Poza tym pojawiła się pewna ostrożność, czy może lęk, nagrywanych rodzin. Gdy wchodziłam do łazienki, proszona byłam na przykład o to, żeby nie używać ręcznika. Czułam się trochę jak intruz. Może dlatego tych nagrań było wtedy mniej.

Gdy zaczynałam nagrywać latem, za każdym razem słyszałam: w naszej wsi dziewięć osób w wieku 90 lat zmarło na COVID. Pandemia zmienia tę pracę, zmienia też sytuację osób, które nagrywam. Myślę, że spotęgowała samotność osób starszych, dystans fizyczny, osłabiła kontakt z dziećmi i wnukami, spotęgowała zagubienie w świecie. Wprowadziła dezinformację, która sprawia, że te osoby, które były samotne, są jeszcze bardziej samotne. To wpływa na nagranie. Wpływa też na ostateczne podsumowanie życia, stosunek do niego. Pandemia odbija się w tych nagraniach.

Ludzie, opowiadając Ci swoje życie, robią jednocześnie jego podsumowanie?

W wielu z moich rozmówców tkwi trauma. I nie mam tu na myśli traumy wojennej, traumy osób po obozach, po zesłaniach. Chodzi mi o traumę osób cywilnych. W historii jej nie ma. Nie znajdziemy niczego o niej w podręcznikach. Nie ma tam mowy o tym, że gdy rodzina cierpiała głód, to ten głód stał się doświadczeniem traumatycznym, który zostawił ślad w rodzicach, w relacjach rodzinnych i później w dzieciach. Widok zabijanej osoby we wsi jest dla dziecka ciężarem na całe życie. Ja w nagraniach nie pytam o traumę, ludzie po prostu opowiadają całe życie i często jest widoczne w całym nagraniu to, co się wydarzyło, a z czym ci ludzie zostali zostawieni. Nie ubiegali się o odszkodowania, przecież nie siedzieli w więzieniu, nie byli w obozie. Nie chodzili do psychologa czy do psychiatry. No bo nic takiego strasznego nie przeżyli, prawda? Więc to jest coś, co zostało gdzieś na marginesie, a ja uważam, że to bardzo rezonuje. Było wzmacniane w okresie PRL-u, przez alkohol, ciasnotę mieszkaniową, sytuację ekonomiczną, niepewność, brak informacji. Te traumy się piętrzyły, rosły i tak naprawdę puchły bardziej, niż może byłoby to w innych warunkach.

Piszesz o tym doktorat. Jak zwróciłaś uwagę na ten temat?

Temat pojawił mi się, gdy robiłam nagrania, bo w wielu tych nagraniach jest cierpienie i tego nie da się odciąć. Nie ma człowieka, który opowiadałby o swoim życiu i w tym życiu nie byłoby cierpienia. To jest nieodłączny element rzeczywistości. Bardzo istotne są uważność i myślenie o tym, że wydarzenie, które z mojego punktu widzenia może być czymś normalnym, z punktu widzenia innego człowieka nie musi być takie.

Trauma czy doświadczenie cierpienia jest bardzo indywidualnym doświadczeniem. Trzeba się wsłuchać w drugiego człowieka. Nagrywam więźniów obozów, zesłańców syberyjskich i to, co opowiadają, jest straszne i wszyscy powiedzą, że to jest straszne. Ale kiedy ktoś opowiada, że obok domu rodzinnego był obóz jeniecki i codziennie wyjeżdżały stamtąd wozy pełne ciał i przechodzimy dalej do opowieści, zauważam, że to, co ta osoba widziała przez te cztery lata, kiedy tam był obóz, zaczyna się powtarzać w wydarzeniach, w obrazach. Widzę, że to cierpienie jest, ale nie jest do końca wyrażone. Chyba nigdy nie zostało zaakceptowane, zarówno przez otoczenie, jak i przez tych ludzi. Oni nie są do końca świadomi tego, że pewne ich deficyty emocjonalne i jakieś trudności życiowe mogą wynikać z tego, że się nie uporali z tym, co zostało nałożone na ich barki.

A historia o tym milczy.

Czuję niezgodę na to, że historia tego nie uwzględnia. Narracja publiczna, ta oficjalna, pisze o traumie, ale pisze o liczbach, stratach, zniszczonych domach i miastach, o liczbie osób ranionych, kalekich, ale to jest zagadywanie za pomocą danych statystycznych tego, co się stało. Zagadujemy to, co tak naprawdę się zdarzyło.

Uważam, że historycy piszący w ten sposób o traumie nie wiedzą, że o niej piszą. Takie zagadywanie traumy jest bardzo charakterystyczne dla osób, które w jakiś sposób cierpiały. Uważam, że w ogóle historiografia XX wieku tę traumę zagadała. Nie było gotowa o tym mówić, mimo że miała narzędzia, żeby podejmować takie tematy. Są przecież: mikrohistoria, historia emocji, historia życia codziennego. Historia zaczęła w minionym wieku korzystać z socjologii i psychologii, ale potem je odrzuciła i nadal odrzuca. Wydaje mi się, że jest to jakiś rodzaj oporu. Boimy się z tym skonfrontować jako społeczeństwo.

Myślisz, że uda ci się jakoś otworzyć nowe drzwi i wpuścić przez nie te konfrontacje do historii, żeby coś się zmieniło?

Te drzwi się trochę otwierają, tylko ja mam wrażenie, że my zrobiliśmy taki skok, bo zaczęliśmy się zajmować trzecim pokoleniem, co zresztą jest naturalne, bo dopiero trzecie pokolenie często jest gotowe dotknąć tej przeszłości, która była trudna. Dzieci tych osób, które cierpiały, za bardzo mają to jeszcze w sobie, żeby tego dotykać. To ich bezpośrednio dotyczy. Na przykład teraz w Niemczech 70 procent osób, których dziadkowie mieli bezpośredni związek z działaniami wojennymi, byli w partii, poddaje się psychoterapii. Mam wrażenie, że u nas też coraz bardziej popularny jest temat przenoszenia traumy, dziedziczenia jej. O tym się mówi. A te osoby, które bezpośrednio tego doświadczyły, są pominięte.

Czy da się coś jeszcze dla nich zrobić?

Uważam, że nie jest za późno. Istnieje ogromna luka w psychoterapii osób starszych, polegającej zupełnie na czym innym, niż terapia osób młodych. Trzeba podsumować, zrobić jakiś bilans tego życia i być gotowym na odejście bez żalu, bez dziur, które sprawiają, że to życie jest niepełne, nieprzeżyte do końca. Jest zawsze czas, nawet w bardzo podeszłym wieku, na to, żeby coś uporządkować, żeby się pogodzić. Ja wielokrotnie już przytaczałam pewną opowieść z nagrania o pewnej kobiecie z Mazur. Uciekała w 1945 roku z rodziną jako dziecko. To była polska rodzina, ale pracowała w niemieckim gospodarstwie. Wchodzili Sowieci, wszyscy uciekali. Moja bohaterka uciekała przez Zalew Wiślany, czyli „po lodzie”, jak to określano. Żeby dzieci, a było ich chyba siedmioro, się nie zgubiły w tym tłumie, matka dała im sznurek, którego się trzymały. Więc dzieci się trzymały tego sznurka i szły. I ta narracja tej kobiety, cała opowieść o całym życiu była właśnie taka: „No i wtedy nas wciągnęli na tym sznurku, no i potem mnie wysłali do jakiejś szkoły za wsią, bo tam ojciec pracował, to z nim jeździłam. No i potem się okazało, że we wsi jest jakaś tam praca w PGR-ze, to mnie tam wysłali. Potem brat powiedział, że są kursy krawieckie w Olsztynie. No to mnie zabrali na te kursy. No, dali mieszkania dla pracowników. No to dali mi to mieszkanie, a potem mi naraili męża. No to jak go naraili, to ja go wzięłam. No to jak matka mówi, no to trzeba dzieci, to te dzieci porodziłam i piątkę porodziłam”. W opowiadaniu tej kobiety nie ma żadnej decyzyjności, widać tylko tę ciągłą zależność, tę utratę kontroli nad życiem. To jest bardzo charakterystyczne dla tych opowieści.

Co to oznacza?

To rodzaj utraty tożsamości. Bo kim ja jestem? Wtedy kimś jestem, gdy decyduję, gdy wiem, co lubię, czego chcę, co jest ważne. Gdy jestem też w dialogu sam ze sobą. Ta kobieta, gdy zaczęłam ją nagrywać, była po dziewięćdziesiątce. Kilka lat wcześniej, w 85. roku życia, zaczęła chodzić na spotkania seniorów do domu seniora. Tam można było wziąć udział w terapii zajęciowej z psychologiem. Oprócz tego działało koło, jego członkowie wyjeżdżali na wycieczki, spotykali się na zabawach. Ona została skarbnikiem koła. W jej życiu i w jej opowieści stało się coś niesamowitego. Pojawiło się to „ja”. Zaczęła mówić: „Ja jestem odpowiedzialna, ja zbieram pieniądze, ja organizuję wycieczki, ja znalazłam teatr”. To zmiana w narracji. Jest równorzędna ze zmianą w życiu.

Czyli nigdy nie jest za późno.

Okazuje się, że się da, że ona naprawdę dopiero w wieku około 90 lat odzyskała siebie.

Oczywiście każda opowieść jest inna, ale ten schemat się powtarza. Jest coraz więcej kół seniorów, uniwersytetów trzeciego wieku, ale mnóstwo ludzi tam nie trafia. Wiele osób jest samotnych, opuszczonych, mimo że część z nich ma rodziny. Brakuje im bliskiego kontaktu, który wynika pewnie z chłodu emocjonalnego wyniesionego z przeszłości. Uważam, że jest coś do zrobienia wśród osób starszych. Chodzi mi o połączenie ich samych i nas, za ich pośrednictwem, z przeszłością.

Jak myślisz, czy to, że przychodzisz do nich i nagrywasz ich, może im pomóc?

Staram się być bardzo ostrożna. Mam świadomość tego, że nie jestem psychologiem ani psychoterapeutą. Kontaktuję się z nimi przed nagraniem, przychodzę na nagranie i po nagraniu utrzymuję jakiś kontakt, dzwonię i pytam, jak się czują. Ale tak naprawdę dokumentalista czy biograf to jest taki trochę złodziej, który wchodzi do domu, robi tam bałagan, zabiera to, co wybierze, bo nie weźmiemy wszystkiego (trochę kierujemy tym, co jest w tym nagraniu), wychodzi i zostawia ten bałagan. Kto go posprząta? Mam świadomość tego, że muszę być bardzo uważna. W czasie nagrania mogę otworzyć coś, czego oni nie będą mogli zamknąć, bo nie mają wsparcia. Nie mają bliskiej osoby i sami sobie z tym nie poradzą.

Wierzę, że opowieść ma moc leczącą. Opowieść o traumie wcale nie musi zawierać opisu wydarzenia traumatycznego, nie musi być opowieścią z płaczem. Może być opowieścią o normalnym życiu, jednak w poszczególnych jej „segmentach” zauważalne staje się, że do któregoś wydarzenia się wraca, że ono rezonuje w późniejszym życiu.

Czyli wcale nie musimy bezpośrednio dotykać tych strasznych rzeczy, żeby zobaczyć, że ta trauma tam była?

Pojawia się czasem taki obraz nagle w jakiejś opowieści, który pokazuje, że ten cień przeszłości jest w życiu. Opowiedzenie czegoś, nawet z pominięciem pewnych wydarzeń, może obudzić jakieś emocje i sprawić, że samo wypowiedzenie tego, co było, pomaga, bo trauma jest odebraniem głosu. Język ma dla mnie ogromną moc. Ubieranie w słowa jest nadawaniem sprawczości sobie i swojemu życiu.

Opowieść leczy, o ile znamy jej granice. My jako pytający staramy się wyczuć granicę, aby nie pójść za daleko, ale ewentualnie pomóc.

Gdybyśmy tworzyli słownik historii mówionej, na pewno znalazłoby się tam to słowo: empatia.

I to jest prawda, bo nieetyczne jest bycie obojętnym. Oczywiście, że nieetyczne jest bycie panią dziennikarką czy panią redaktorką, bo tak często jesteśmy nazywani, która przychodzi i zadaje pytania, „dobrze, dobrze, to kolejne pytanie” – i tak przesłuchuje. Ale nieetyczne jest także zawłaszczanie tej opowieści, czyli takie empatyzowanie, które prowadzi do tego, że ja próbuję się postawić na miejscu tej osoby. Muszę mieć świadomość tego, że to nie jest moje doświadczenie. Ja mogę coś wiedzieć, bo ja też w życiu cierpiałam, ja też w życiu czułam się samotna, ja też w życiu czułam się opuszczona, ja też w życiu kogoś straciłam – to pozwala mi zrozumieć doświadczenie tej drugiej osoby. Zbytnie empatyzowanie prowadzi do zawłaszczania, następuje wtórna traumatyzacja, kiedy ja tak mocno przeżywam to czyjeś doświadczenie i wydaje mi się, że rozumiem. Nie, ja zazwyczaj nie rozumiem. Gdy wydaje mi się, że rozumiem, wtedy z ogromną pewnością bardzo upraszczam tę opowieść. Zostawiam sobie margines na to, że nie rozumiem, że nie wiem. Mogę być obok tego człowieka, wysłuchać go, powiedzieć mu, że mogę sobie to wyobrazić, ale ja tego doświadczenia nigdy do końca nie poznam. I to jest w porządku. Uświadomienie sobie, że to nie jest moja opowieść, jest bardzo uwalniające. Uważam, że opowieść pomaga, ale też nie daję sobie prawa do tego, że ja ludzi z tej traumy w jakiś sposób wyleczę.

Czy ludzie, z którymi rozmawiasz, szukają potem kontaktu z Tobą?

Tak. Śmieję się, bo parę dni temu nie odebrałam telefonu i potem odsłuchałam wiadomość na poczcie głosowej. Usłyszałam szumy, a potem głos pani, która mówi do męża: „A, dzwonię do tej, która nas nagrywała. Śniło mi się, że w wypadku zginęła. A może zginęła?”.

Następnym razem odbierzesz od razu.

Oczywiście oddzwoniłam. Mam kontakt z ludźmi, których nagrywam. Staram się pamiętać o okrągłych datach urodzin, bo te daty urodzin są ważne, jakoś szczególnie te okrągłe zapamiętuję. Są osoby, z którymi bliżej się zaprzyjaźniłam. Są też takie, z którymi ten kontakt się zupełnie urywa, i mojej, i z ich strony. Czasem łatwiej się zwierzyć obcej osobie, a później lepiej do tego kontaktu nie wracać.

Ten telefon, o którym mówiłam, jest dla mnie o tyle ważny, że ja jestem osobą obcą tutaj na tych ziemiach. Doświadczenie historyczne osób mieszkających tutaj bardzo różni się od tego na Mazowszu czy w innych częściach kraju. Nie mam do tego dostępu tak naprawdę. Ale takie telefony pokazują mi, że zaczynam funkcjonować w tej rzeczywistości, że ja także zapisuję się w tej pamięci.

Odkąd przeprowadziłaś się na Warmię, masz już tam pewnie dużo znajomych. Większość jest w wieku 80+?

To prawda. Jak teraz o tym pomyślę, to sama jestem zaskoczona, bo jestem osobą dosyć introwertyczną, raczej samotniczką, i mój mąż też, więc siedzimy tu sobie tak w tym lesie. Oczywiście mamy znajomych i przyjaciół. Ale faktycznie – osoby, z którymi miałam najbliższy kontakt przez ostatnie lata, to ludzie starsi. Mam wrażenie, że oni mnie do tej rzeczywistości tutaj przybliżają dużo bardziej, niż przybliżyłyby mnie inne kontakty.

Gdy mieszkałaś w Warszawie, też nagrywałaś pasjami?

Tak. Zaczęłam nagrywać w 2009 roku. Trafiłam do Ośrodka KARTA i Domu Spotkań z Historią, tam nagrywałam. Nagrywałam dużo i intensywnie, i tak naprawdę, kiedy przyjechałam tutaj, nie wyobrażałam sobie, że miałabym robić coś innego. Zaczęłam nagrywać od pierwszych chwil tutaj, jeszcze nie wiedząc, co z tymi nagraniami zrobię, może najpierw do szuflady. W Olsztynie były instytucje i osoby prywatne, które nagrywały i gromadziły nagrania, ale nie było miejsca, w którym to wszystko byłoby zebrane, skatalogowane, opisane; do którego ktoś mógłby przyjść i posłuchać, czy w jakikolwiek inny sposób skorzystać z tych nagrań. Zawzięłam się jednak, że powinno powstać takie miejsce, a nagrania, które są, powinny być zebrane. Powinny być też dalej robione nagrania. Osoby z  pokolenia wojennego powinny być nagrywane. Jest to ostatni moment na nagranie ich.

Dobrze, że się tak zawzięłaś!

Bardzo się z tego cieszę. W 2019 roku przy pomocy ludzi z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie udało się napisać wniosek i utworzyć Archiwum Historii Audiowizualnej Warmii i Mazur.

Nazwa archiwum wskazuje, że nie ma tam wyłącznie nagrań historii mówionej. Co jeszcze gromadzicie?

W archiwum są też archiwalne audycje radiowe, nagrania dziennikarskie robione przez osoby prywatne, instytucje, biblioteki, muzea. To nie jest więc do końca zawsze historia mówiona, dlatego nazwaliśmy ją historią audiowizualną. Zaczęliśmy też dużo nagrywać. Miejsce, które sobie wymarzyłam, powstało! W ciągu dwóch lat udało się utworzyć coś, co w moim przekonaniu jest niesamowicie ważne.

Oprócz męża nie znałaś tam nikogo, przyjechałaś spoza regionu i udało Ci się dokonać czegoś tak ważnego i trudnego. To musiało być strasznie trudne. A jednak poradziłaś sobie świetnie.

Największy trud łączył się z finansowaniem, z napisaniem wniosku, znalezieniem instytucji, która by się tym zajęła. Kto mógł mi pomóc – uniwersytet czy archiwum państwowe? To jest projekt archiwalno-dokumentacyjny, nie naukowy. Mieści się raczej w ramach działań stowarzyszeń i fundacji. Jest duży i zobowiązujący na lata, bo nagrania trzeba zarchiwizować i gdzieś umieścić. Trzeba było znaleźć instytucję, która weszłaby w stałą współpracę partnerską. Udało nam się porozumieć z Archiwum Państwowym w Olsztynie. Nagrania są dzięki temu archiwizowane w możliwie najbezpieczniejszym miejscu. Z drugiej strony o grant wystąpiła lokalna telewizja. I to jest takie wymarzone zaplecze techniczne, jeśli chodzi o sprzęt, montaż, pracę nad nagraniami. Ja w tym wszystkim byłam może ogniwem merytorycznym, które obydwie strony połączyło. Okazuje się, że ten układ zadziałał.

Jak to dobrze, że z Warszawy wyjechałaś z tak dużym doświadczeniem. Swoją pasję przekułaś w zawód.

Dopiero po jakimś czasie człowiek widzi to, czego nauczył się wcześniej. Doświadczenie, które zdobyłam w Karcie, w Domu Spotkań z Historią i z ludźmi, którzy tam pracują, absolutnie fantastycznymi, niesamowicie mądrymi, jest moim kapitałem na całe życie. Ja te kontakty utrzymuję i jest to dla mnie bardzo ważne. Cały czas szukam tutaj podobnych osób czy podobnego środowiska, któremu by zależało na tym tak bardzo, jak zależy mnie.

Cały czas szukasz, czyli nie odkryłaś jeszcze wszystkich?

Jest trudno, bo kto się zajmuje archiwistyką społeczną? Zajmują się nią pasjonaci, ale trudno obrać to jako wybór życiowy, drogę życiową. Bo zwykle nie jest to droga, która się łączy ze stałym etatem, stałym finansowaniem. Ja wiem, że sama dobrze funkcjonuję w trybie życia wolnego strzelca, czyli od grantu do grantu. Bardzo cenię sobie to, że mam swobodę w tym, co robię i decyduję o swoim czasie. Ale dla wielu ludzi ważne jest poczucie bezpieczeństwa i dlatego podejmują pracę w innych miejscach, w innych instytucjach. Poświęcenie czasu na historię mówioną, która jest nadal nieznana, choć wszyscy, gdy o niej słyszą, to mówią „o, super, o jejku, jakie to jest wspaniałe”, wejście w nią, zaryzykowanie, że się będzie tylko nią zajmowało, jest trudne.

Kilka osób, które się tak mocno zaangażowały, znalazłam wśród studentów. Czuję, że rzeczywiście weszły w temat i być może to jest dobra grupa, bo ich przyszłość stoi otworem i jeszcze mają możliwość wyboru, jeszcze studiują. Historia mówiona to jest coś, do czego trzeba złapać haczyk. Trzeba zobaczyć, co ona mi daje w życiu. Mam wrażenie, że teraz mam w sobie taki przymus wewnętrzny, że muszę to robić.

Fot. Adam Stępień

archiwiści społeczni o sobie