Przejdź do treści
archiwiści społeczni o sobie

Agnieszka Węgrzyn

Organizacja: Stowarzyszenie Gospodyń Wiejskich w Głogoczowie

Lokalna liderka, prezeska Stowarzyszenia Gospodyń Wiejskich w Głogoczowie i koordynatorka Archiwum Społecznego wsi Głogoczów. Absolwentka programu dla kadr zarządzających organizacjami pozarządowymi PROMENGO, Programu Liderzy Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności oraz Szkoły Trenerskiej Stowarzyszenia Trenerów Organizacji Pozarządowych STOP. Zawodowo zajmuje się wsparciem działań lokalnych społeczników oraz organizacją konkursu grantowego „Małopolska Lokalnie” w Fundacji Biuro Inicjatyw Społecznych

Anna Maryjewska (Centrum Archiwistyki Społecznej): Dlaczego mówi się, że Głogoczów to wieś jak dzwon?

Agnieszka Węgrzyn: Hasło „Wieś jak dzwon” zostało wybrane przez mieszkańców Głogoczowa w 2012 roku i było efektem jednego z pierwszych projektów realizowanych przez nasze Stowarzyszenie Gospodyń Wiejskich. Dosyć długo zastanawialiśmy się, co będzie nas spajało tożsamościowo. Dzwon okazał się elementem, który pokazuje naszą wieś najlepiej.

Czy wiąże się z nim jakaś legenda?

Głogoczów był wsią cysterską. Zachowała się legenda o tym, że cystersi wysłali tu dzwon. W dużym skrócie – był on wieziony wozem przez błotniste pole, gdy nagle zaczęła się burza. Woły się wystraszyły, wyskoczył skądś diabeł i dzwon spadł do błota. Tam już pozostał. Dodatkowo Głogoczów był lokowany na prawie niemieckim. Po niemiecku „Glocken” to dzwony, a „Dorf” wieś, być może więc nazwa Głogoczów wzięła się z niemieckiego „Glöckendorf”, czyli  „miejscowość z dzwonami”. W 2012 roku odkryliśmy bardzo stare dokumenty w naszym domu kultury. Na jednym z nich, powstałym w 1846 roku, widniała pieczęć gminy Głogoczów, a na niej dzwon. Zobaczyliśmy wtedy, że faktycznie to powiązanie miejscowości z dzwonem funkcjonowało już dawniej. Gdy obchodziliśmy 760-lecie parafii i 200-lecie kościoła, jako mieszkańcy wsi zbieraliśmy pieniądze na dzwony. Ufundowaliśmy nowe, więc w tej chwili mamy w Głogoczowie dziewięć dzwonów, w tym dwa zabytkowe i dwie sygnaturki.

Świadczą one o dużej aktywności mieszkańców Głogoczowa.

Oprócz tego dzwon ma serce, a sercem tego dzwonu są nasi mieszkańcy, rzeczywiście bardzo aktywni, bo działa tutaj aż osiem organizacji – na 3100 osób, które tutaj mieszkają. Co jeszcze wiąże nas z dzwonem? Jest tu węzeł głogoczowski, który łączy trasę bielską i zakopiankę. Gdy spojrzeliśmy na ten obszar na mapie Google, stwierdziliśmy, że te linie też układają się w kształt dzwonu. Szukaliśmy go wszędzie [śmiech], ale mnie osobiście przekonało takie staropolskie powiedzenie: Gdzie w szklane dzwony biją? W karczmach! A Głogoczów leży właśnie przy szlakach, przy trakcie cesarskim, i zawsze słynął właśnie z tego, że miał karczmy. Teraz zresztą również, gdy się jedzie zakopianką, dużo osób zatrzymuje się tu na jedzenie. Bliskość tej trasy sprawia też, że nasza straż pożarna bardzo często wyjeżdża tam na pomoc (należy do Krajowego Systemu Ratownictwa Drogowego).

I wtedy dzwonią w uszach syreny. A czy dzwoni wszystkich Waszych dziewięć dzwonów?

Te zabytkowe nie dzwonią, a pozostałe – tak.

Och, to ludzie, którzy potraktowali Głogoczów jako sypialnię Krakowa, mogą mieć tu problem z wysypianiem się…

Od wielu lat jest taki trend, że ludzie z miasta wyprowadzają się na wieś. Głogoczów leży co prawda nie w powiecie krakowskim, tylko w powiecie myślenickim, ale jednak – ze względu na atrakcyjność widoków i dobry dojazd do Krakowa – wiele osób z tego miasta przenosi się właśnie tutaj. Powoduje to zatracanie naszej tożsamości wiejskiej, bo mieszkańcy ci tylko tu śpią, a pracują w Krakowie, tam też wożą dzieci do szkół. Często nie angażują się przez to w życie i działania w miejscowości, ale traktują ją jak miejsce wyłącznie do odpoczynku, nie do integracji ze społecznością.

Czy archiwum społeczne, które tu założyłaś, miało przeciwdziałać utracie tej wiejskiej tożsamości?

Tak. Przeprowadziłam w intrenecie badania na ten temat. Mieszkańcy Głogoczowa uważają, że takie archiwum społeczne może nas zjednoczyć. Najczęściej wspominają swoje młode lata z rozrzewnieniem – to może nas połączyć. Można pokazać młodym ludziom, nowym mieszkańcom, jak to kiedyś u nas było, że tu nie tylko się spało, ale dużo ciekawych rzeczy robiono we wsi wspólnie. Co mnie bardzo zasmuciło w tych badaniach, to to, że mieszkańcy rdzenni uważają, że nie mają wpływu na naszą miejscowość.

Skąd mogło się wziąć takie myślenie?

Ludzie myślą tu o wpływie politycznym, o decyzyjności odgórnej. Zapominają jednak, że mają bardzo duży wpływ inny – poprzez wszystko, nawet to, że się nie angażują, wpływają na tę miejscowość, bo nic nie robią. Ale wpływa się na miejscowość, nawet dbając o swój ogród czy odwiedzając sąsiadkę i troszcząc się o nią. Ma się wpływ na to, jak ta wieś wygląda, jak się w niej żyje, jak się o niej mówi. To od nas zależy, jak nasza miejscowość jest postrzegana na zewnątrz i jak będzie kiedyś wyglądała. Czy rzucamy do rowów śmieci? Czy może dbamy o to, by było w nich czysto i sprzątamy? Bo to nie jest niczyje, to jest nasze. Przy okazji założenia i prowadzenia archiwum społecznego przypominam ludziom o tym, że mają wpływ na naszą wieś. Zwykłe spotkania zaczynają przyjmować szerszy zakres tematyczny, na przykład prowadzimy w Głogoczowie warsztaty kulinarne połączone z lokalną historią. Nie tylko gotujemy, ale przy okazji rozmawiamy o historii, uświadamiamy sobie wiele istotnych rzeczy. Cieszymy się z takich spotkań, zorganizowanych tylko dla kobiet. Możemy się wtedy wspólnie pośmiać, pogadać tylko w naszym gronie. Ważne są też oczywiście spotkania dla dzieci, ale chodzi o to, że kobiety najczęściej obsługują rodziny, a dla siebie mają mało czasu. Ta chwila, gdy można siąść z innymi mieszkankami, porozmawiać i coś zrobić razem, jest ważna.

A co z mężczyznami?

Panowie, wśród nich nasi mężowie, synowie, krewni, mocno nas wspierają. Mamy nawet honorowych członków naszego Stowarzyszenia Gospodyń Wiejskich, a wśród nich jest mój tata, krakowianin. Ale u nas w Głogoczowie jest tak, że panowie najczęściej są w ochotniczej straży pożarnej. Współpracujemy, i to jest najlepsze!

Pochodzisz z Krakowa, czyli też byłaś nowa we wsi.

Byłam nowa w Głogoczowie, ale bardzo szybko zostałam przyjęta i nikt nie patrzy na mnie przez ten pryzmat, że jestem z Krakowa, że tam pracuję i że wożę tam dzieci do szkoły. Rozumiem więc nowych mieszańców. Chcę jednak pokazać im, że jedno drugiemu nie przeszkadza. Można angażować się w życie wsi i czuć się tutaj jak w domu, czuć tę tożsamość i dbać o nią.

Czy zaczęłaś działać od razu po przeprowadzce? Ile trwało, zanim się oswoiłaś?

Mieszkam w Głogoczowie od 15 lat. Na początku byłam w ciąży i zajmowałam się dziećmi, ale zgłosiłam się szybko do rady rodziców w szkole, byłam nawet przewodniczącą – mając dzieci jeszcze w przedszkolu. Wtedy zaproponowano mi start w wyborach do samorządu gminnego. Po dwóch latach mieszkania w Głogoczowie, w 2010 roku, zostałam radną rady miejskiej w Myślenicach. Wtedy właśnie zgłosiło się do mnie Koło Gospodyń Wiejskich.

W jakiej sprawie?

Koło nie miało funduszy i gospodyniom ciężko było się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Trzeba było mieć osobowość prawną, żeby zacząć działać. Ja nie wiedziałam jeszcze, jak działają organizacje pozarządowe, ale stwierdziłam, że chętnie sobie z tymi paniami pogotuję. Zaczęłam się uczyć o tym, jak mogę im pomóc. W 2011 roku założyłyśmy Stowarzyszenie Gospodyń Wiejskich w Głogoczowie i od tego czasu jestem jego prezeską.

Nie można już więc nazywać Was Kołem?

Koło Gospodyń Wiejskich funkcjonowało w Głogoczowie od 13 lutego 1964 roku – teraz już to wiemy i nawet mamy w archiwum protokół z pierwszego zebrania. Funkcjonowało przy Kółku Rolniczym. Kółko dawno już się rozpadło, ale Koło jeszcze funkcjonowało, tylko bez osobowości prawnej. Założyłyśmy więc Stowarzyszenie, by kontynuować tę tradycję. W 2018 roku założyłyśmy również Koło Gospodyń Wiejskich, które jest zarejestrowane w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Tak naprawdę mamy więc dwie organizacje – Stowarzyszenie i Koło.

Są w nich te same osoby?

Tak. Ustawa o Kołach Gospodyń Wiejskich dała nam większe możliwości, na przykład sprzedaży produktów bez dużych formalności. Nasze Koło najczęściej działa na kiermaszach, gdy sprzedajemy lokalne produkty.

Jakie są Wasze lokalne produkty?

Stwierdziłyśmy, że lepiej jest się wyspecjalizować w kilku produktach, z których jest się znanym i których ludzie oczekują. Sprzedajemy więc zakwasy na żury, zakwasy na barszcz, śledzie w śmietanie ze śliwką i pasztety. Na Wielkanoc robimy też babki.

Musiałaś się nauczyć przygotowywać te produkty czy umiałaś już wcześniej?

Nie umiałam robić żurów, a w Głogoczowie są one bardzo popularne. Gdy tu zamieszkałam, zobaczyłam, że moja teściowa ciągle miała w kuchni zakwas, który kisił się na piecu. U mnie w domu jadło się barszcz czerwony na zakwasie na Wigilię, był mi znany więc tylko taki zakwas. Ale żurów się nie robiło. A tutaj w Głogoczowie, w rodzinie u mojego męża, na Wigilię nie podaje się barszczu czerwonego, tylko grzybowy żur. Teraz jem więc i żur, i barszcz. Nasze produkty sprzedajemy na kiermaszach w gminie przed Wielkanocą i przed Bożym Narodzeniem. Częstujemy też tym żurem, gotujemy go, podajemy też nasz przepis, żeby ludzie mogli robić sobie takie danie sami w domu.

Wasze archiwum społeczne powstało niedawno, a zgromadziłyście już tak dużo materiałów!

Zaczęłyśmy prowadzić nasze archiwum społeczne w 2020 roku, w pandemii. A zajęłyśmy się tym dlatego, że powstało Centrum Archiwistyki Społecznej (CAS) i miałyśmy do dyspozycji Otwarty System Archiwizacji (OSA). O OSA usłyszałam wiosną, gdy rozpoczął się nabór do projektu „Działaj lokalnie”. Z CAS-em współpracowała znana mi Fundacja Arts z Myślenic i promowała jego działania. Gdy się o nim dowiedziałam, bardzo się ucieszyłam. Zawsze myślałam o archiwum, ale uważałam, że założenie i prowadzenie go jest technicznie za trudne. Chciałam udostępniać zdjęcia w intrenecie, a trzeba by było do tego jakichś ogromnych serwerów, żeby te wszystkie zbiory pomieścić. To było zbyt skomplikowane na nasze możliwości. Ale tutaj było narzędzie – OSA, które pozwalało nam za darmo korzystać z serwera, za darmo publikować zdjęcia w intrenecie. Stwierdziłam więc, że to jest to!

Jakie było Wasze pierwsze przedsięwzięcie związane z archiwistyką społeczną?

Pierwszy projekt zrobiłyśmy trochę po swojemu, bo jeszcze gdy go pisałam, nie znałyśmy bliżej CAS-u. Było to przedsięwzięcie związane z nagrywaniem wywiadów filmowych. Porwałam się na to, nie wiedząc, jakie to trudne. Ale był to niewielki projekt, zaplanowany na cztery wywiady, więc się udał. Rozmawiałam z osobami znanymi w Głogoczowie, które miały do opowiedzenia dużo ciekawych historii o różnorodnej tematyce. W tym roku jedna z nich zmarła – nasza głogoczowska, wieloletnia nauczycielka Maria Cieśla, bardzo ceniona, wspaniała osoba. Przychodziła do mojej teściowej, żeby porozmawiać, znałam więc ją z domu mojego męża i nawet nie wiedziałam na początku, że pani Maria jest w Głogoczowie tak znana. Ona też była przez jakiś czas przewodniczącą Koła Gospodyń Wiejskich. Jako nauczycielka miała bardzo duży wpływ na kilka pokoleń głogoczowian.

O czym opowiadała?

Pani Maria opowiedziała, jak w latach 50. przybyła do naszej wsi, jak wyglądał jej pierwszy dzień w Głogoczowie, jak się żyło nauczycielce w tych trudnych latach, jak wyglądała wtedy szkoła. Mamy też wywiad z rolniczką, panią Heleną Bujas, która mieszkała w domu z 1886 roku, bez wody, i dopiero w tym roku przeniosła się do innego. Ta cudowna osoba, która skradła moje serce, opowiada o swoim prostym, wiejskim życiu. Wywiad z panią Heleną publikowała na swoich kanałach myślenicka telewizja internetowa, która też nakręciła naszą rozmowę. Była ona jedną z dziesięciu najchętniej oglądanych materiałów w 2020 roku! Kolejna bohaterka wywiadu to pani Helena Dziedzic, członkini naszego Koła Gospodyń, ponadosiemdziesięcioletnia, pani, która wspaniale śpiewa. Opowiedziała o tradycjach weselnych w Głogoczowie i trochę pośpiewała. Pani Helena tworzy przyśpiewki, ostatnio wymyśliła nawet jedną o mnie…

Masz swoją przyśpiewkę?

Przyśpiewka ta mówi o tym, że wchodzę drzwiami, a jak mnie wyrzucą, to wracam oknem!

Kto był czwartą nagraną osobą?

Rozmawialiśmy też z panem Włodzimierzem Bujasem, byłym naczelnikiem OSP, który na emeryturze zaczął robić szopki krakowskie. Po tym pierwszym projekcie zaczęłyśmy się rozwijać. Przyjechała Adriana Kapała i przeszkoliła nas z Otwartego Systemu Archiwizacji. Zaczęłyśmy prowadzić projekt „Głogoczów oczami seniorów”. To było dość trudne, ze względu na pandemię. Chciałyśmy zebrać minimum 100 archiwalnych zdjęć z Głogoczowa i zrobić z nich wystawę. Gromadziłyśmy je, gdy byłam na kwarantannie. Było to zabawne, bo ja skanowałam i upubliczniałam materiały, a gospodynie zbierały kolejne zdjęcia i wieszały mi je na ogrodzeniu. Ale udało się, bo już w grudniu wydałyśmy pierwszy folder „Głogoczów oczami seniorów”.

W 2021 roku obchodziłyście 10-lecie Stowarzyszenia. To dobry moment na pokazanie Waszej historii.

Z okazji 10-lecia chciałyśmy najpierw wrócić do historii naszego KGW. Skanowałyśmy protokólarze i kroniki Koła i udostępniałyśmy je w OSA. Zrobiłyśmy wystawę z zebranych przez nas materiałów dotyczących Koła i wydałyśmy folder o historii KGW w Głogoczowie. Nagrałyśmy 10 wywiadów z członkiniami Koła. Prowadziłyśmy warsztaty kulinarne związane z lokalną historią, organizowałyśmy konkursy, w których zwycięzcy sami mogli sobie wybrać nagrody – tak było w konkursie na najpiękniejszy świat, czyli tradycyjną ozdobę bożonarodzeniową z opłatka, zawieszaną u powały na słomianych pająkach lub na choince. Konkurs był poprzedzony warsztatami z tworzenia światów. Prowadził je lokalny twórca ludowy. Oczywiście zorganizowałyśmy też imprezę z okazji naszego jubileuszu, połączoną z wernisażem wystawy i przyśpiewkami (ale bez tańców – to było w pandemii zakazane). Na wszystkie te działania dostałyśmy ponad 100 tysięcy złotych z programu „NOWEFIO”. Udało nam się też dzięki temu wyposażyć i wyremontować naszą kuchnię.

W tym samym roku zrobiłyśmy wystawę i wydałyśmy folder na temat kronik naszego Domu Kultury, wprowadziłyśmy je też do Otwartego Systemu Archiwizacji. Skorzystałyśmy przy tym działaniu z programu „Działaj lokalnie”.

W międzyczasie w programie „Aktywni Obywatele Fundusz Krajowy”, realizowanym z funduszów norweskich, dostaliśmy wsparcie na kontynuację  naszych archiwistycznych działań. Przeprowadziłyśmy 10 wywiadów z członkiniami Stowarzyszenia, zrobiłyśmy pamiątkową sesję zdjęciową gospodyń, zbierałyśmy materiały archiwalne dotyczące Stowarzyszenia, zorganizowałyśmy wystawę o nim, wydałyśmy też folder. Miał około 50 stron, za mało, żeby opowiedzieć o wszystkim, co się działo przez 10 lat, ale jakoś to upchnęłyśmy [śmiech].

Jak zatytułowałyście wystawę?

Wystawa nosi tytuł „Masz wpływ na Głogoczów”. Chciałyśmy pokazać ten wpływ poprzez działalność gospodyń. Zaprezentowałyśmy nasze zdjęcia i biogramy, by uświadomić ludziom, jak jesteśmy różne – ile mamy lat, jaki jest nasz zawód, skąd pochodzimy, w jakiej dzielnicy mieszkamy.

Dzielnicy?

Tak, nasza wieś ma 17 dzielnic! Wśród nas jest na krakowianka, która w Głogoczowie tylko odpoczywa. Ma tu dom, ale podatki płaci w Krakowie. Napisała o tym w swoim biogramie i bardzo się z tego cieszę. Właśnie o to chodziło, żeby ludzie zobaczyli, że każdy może mieć wpływ na naszą miejscowość. Pod biogramami miałyśmy opisany nasz wpływ na Głogoczów. Każdy oglądający wystawę mógł się odnaleźć w którymś z obszarów tych działań. Zwiedzały ją też dzieci, które miały zajęcia w Domu Kultury, i potem tworzyły swoje biogramy, pisząc, na co one mają wpływ we wsi. Zorganizowałyśmy też festyn razem ze strażakami.

Czym się zajmujecie teraz?

Prowadzimy warsztaty kulinarne i przygotowujemy w Głogoczowie questy, wierszowane gry terenowe. Udostępnimy je w październiku w aplikacji Questy. Wyprawy Odkrywców, utworzonej przez Fundację Mapa Pasji. Rozwiązuje się w nich zagadki i na koniec znajduje się skarb. Pierwszy quest to „Szlakiem głogoczowskich dzwonów”, a drugi – „Tour de Głogoczów”.

Tak jak Tour de Pologne?

To jest trasa Anny Szafraniec, mistrzyni Polski i świata, naszej głogoczowskiej olimpijki, kolarki górskiej, która brała udział w Olimpiadzie w Atenach. Pani Anna mieszka w Głogoczowie i jest twarzą naszego questu. Po naszych głogoczowskich górkach i pagórkach jeździ wielu kolarzy. Będzie tu premia lotna, premia górska, bufet, tak jak na prawdziwym „Tour de…”.

Brałyście też udział w tworzeniu grupy rekonstrukcyjnej. Na czym polegało to działanie?

Kupiłyśmy stroje podhalańczyków i kosynierów dla dzieci ze szkoły podstawowej, która nosi imię Tadeusza Kościuszki. Podhalańczycy walczyli tutaj na początku II wojny światowej, na przedmurzu Krakowa. W Głogoczowie mamy teraz pomnik pamięci generała Józefa Kustronia, który dowodził tymi żołnierzami. Uczniowie korzystają ze strojów podhalańczyków przy okazji wspominania tych walk na uroczystościach w szkole. Przyjechali do nas też prawdziwi podhalańczycy. Była salwa honorowa, msza wojskowa. Żołnierze przebierali się w starym budynku plebanii, a my częstowałyśmy ich jedzeniem i kawą, czując się, jakby to naprawdę były jakieś wojenne przygotowania.

Wy pewnie też byłyście wtedy przebrane w stroje ludowe?

Tak, to są stroje myślenickie. Ubiera się w nie również nasz Zespół Pieśni i Tańca „Ziemia Myślenicka”. Nie są one jednak do końca poprawne. Kupowałyśmy je na samym początku naszej działalności. Mamy szerokie rękawy i spódnice, bo zostały uszyte jak dla zespołu – żeby z daleka pięknie się prezentowały. Mogłyśmy mieć mniej szerokie, ale nie wiedziałyśmy o tym…

Wcześniej gospodynie nie miały tych strojów?

Miały stroje krakowskie, ale zainteresowało mnie to, jakie stroje nosiły kobiety tutaj, na ziemi głogoczowskiej. Chciałabym popracować z etnografem nad odnowieniem tego ubioru.

To też jest odkrywanie historii lokalnej!

W Głogoczowie nie mamy żadnych zdjęć w oryginalnych strojach ludowych. Komunizm często niszczył takie lokalne tradycje. Wprowadzał wszędzie stroje krakowskie jako ujednolicenie, przynajmniej tutaj była wtedy taka moda. Mamy w Głogoczowie zachowane piękne stare bluzki. Panie same je szyły i haftowały, ale wybierały sobie haft taki, jaki im się podobał, wzięły sobie akurat haft kurpiowski. My też nie miałyśmy żadnej wiedzy na ten temat, dlatego kupiłyśmy wszystkie spódnice w tym samym kolorze – a może nie powinnyśmy? Bo przecież każda gospodyni chodziła ubrana inaczej. To nie jest tak, że mamy wyglądać tak samo, że mamy być zunifikowane.

Jak długo reprezentujecie Polskę na International Folks Meetings Małopolska w Myślenicach?

Od początku istnienia tego niesamowitego wydarzenia. Na festiwal przyjeżdżają zespoły z całego świata – z Afryki, Ameryki, Azji, Nowej Zelandii. Raz zrobiłyśmy sobie takie piękne, wielkie wianki z ziół, wszystkim się bardzo podobały, ludzie robili sobie w nich zdjęcia. Wiem jednak, że to był „etnograficzny” błąd z naszej strony, bo przecież wianki zarezerwowane są tylko dla panien. Uczymy się jednak na błędach i zmieniamy, co trzeba.

Planujemy kolejne działania i projekty, które pozwolą nam na kontynuację prac nad zachowaniem tożsamości Głogoczowa. Zapraszamy do naszego Archiwum Społecznego wsi Głogoczów, ale także do obserwowania naszej stronyprofilu na Facebooku, bo u nas zawsze dużo się dzieje!

Fot. Magdalena Starowieyska / Centrum Archiwistyki Społecznej

archiwiści społeczni o sobie